/094_0001.djvu

			19 Października 1947 r. 
Redakcja 1 administracja: 
42, Eton Place, Chalk Farm, 
London, N.W.3. 
Prenumerata miesięczna 4 sh. 
Numer pojedynczy 1 sh. 
IWCft/iWiLNO 
NA BRACI ZZA BUGA 
Tygodnik " Lwów i Wilno " 
poświęcony jest obronie sprawy 
Ziem wschodnich wobec  
własnego rządu, własnego  
społeczeństwa, pojęć własnego narodu. 
Nie obiecujemy nikomu, że  
zmienimy zapatrywania p. Trumana 
na sprawę wileńską, natomiast 
dopóki nasz tygodnik ukazywać 
się będzie, walczyć będziemy z 
rezygnacyjną, czy. odstępczą  
polityką uprawianą przez  
czynniki . . . polskie. 
Krzywdy, których doznaliśmy 
od swoich bolą najwięcej. Toteż 
nie możemy bez wzruszenia i  
oburzenia czytać takich naprzykład 
wspominków historycznych, jak 
te, które w ostatnich  
"Wiadomościach" (Nr. 8 datowany 19 
października 1947) zamieszcza 
prof. Kukieł pod tytułem : "Rząd 
polski wobec groźby zaboru 
Ziem Wschodnich". Polemizując 
z p. J. Kwapińskim, prof. Kukieł 
powołuje się na to. że  
przeglądał akta i notę sowiecką z 16 
stycznia 1943 r. "Był to —  
biada prof. Kukieł — nietylko 
odczytania tej noty wybrał dla 
"oświadczenia złożonego do pro- 
tokułu" "uznania dla premjera". 
"Do tego oświadczenia — pisze 
elegijnie prof. Kukieł —  
przyłączyła się Rada Ministrów". Od 
siebie dodajmy, że rada  
ministrów gen. Sikorskiego  
wyrażała mu uznanie po każdej klęsce 
Polski. 
Prof. Kukieł kończy swój 
artykuł słowami: 
"... coraz bardziej palącą  
wydaje się potrzeba ogłoszenia  
podstawowych dokumentów dotyczących  
sprawy polskiej w drugiej wojnie  
światowej. Bez tego publicystyka polska 
zbyt łatwo brnąć będzie po bezdrożach 
urojeń, uprzedzeń, zniekształconych 
wspomnień i legend 
sprawy, której służy". 
Ależ akt o którym prof. Kukieł j 
zapomina i który pomija, to zna-1 
czy nota sowiecka z 17 stycznia 
1942 (tysiąc dziewięćset czter-1 
dziestego drugiego) i inne doku-' 
menty "podstawowe" ogłoszone 
zostały nietylko w moich  
"Latach Nadziei", których p. Kukieł 
zapewne nie lubi, ale także w 
oficjalnem wydawnictwie am 
straszliwy cios dla setek tysięcy basady polskiej w Waszyngtonie 
p.t. "Polish-Soviet Relations" 
rodaków, nietylko godził on w 
suwerenność Rzeczypospolitej ; 
był to jawny nawrót polityki 
Sowietów wobec Polski na drogę 
przemocy i gwałtu". 
"Nawrót" ! . . . Jeśli mamy 
używać tego wątpliwej ścisłości 
określenia, to "nawrót" ten miał 
miejsce nie 16 stycznia 1943, 
lecz rok przedtem, 17 stycznia 
1942 r. Pod osłoną oburzania 
się na Sowiety, prof. Kukieł 
stara się, abyśmy zapomnieli o 
polityce rządu gen. Sikorskiego 
przez cały rok 1942 ! Atak 
Sowietów na terytorjum  
Rzeczypospolitej, — "nawrót" do linji 
Mołotow-Ribbentropp miał  
miejsce nie w styczniu 1943, ale 17 
stycznia 1942 r. kiedy ambasada 
nasza otrzymała notę,  
powiadamiającą ją, że rząd sowiecki nie 
będzie rozpatrywał żadnych not 
lolskich, któreby stały na stano 
wisku, że Lwów, Brześć,  
Stanisławów, lub "inne miasto,  
znajdujące się na terytorjum  
ukraińskiej socjalistycznej republiki 
radzieckiej, lub białoruskiej  
socjalistycznej republiki  
radzieckiej, wchodzących w skład  
związku socjalistycznych republik 
radzieckich są miastami  
Rzeczypospolitej Polskiej." 
I jakże wobec tego zachował 
się rząd gen. Sikorskiego ? — 
Ukrył, ' schował prawdę,- zaczął 
fałszować rzeczywistość. Przez 
radjo, przez swoją prasę, nawet 
w okólnikach poufnych  
zaprzeczał tej wiadomości, kłamaj, 
oszukiwał ludzi, kraj,  
społeczeństwo. Na moje rewelacje  
istotnego stanu rzeczy, ogłaszane w 
broszurach wydanych w  
styczniu, lutym i marcu 1942 roku, 
odpowiadał zaprzeczeniami i 
drwinami: "P. Mackiewicz,  
posuwa się jeszcze, dalej . . .  
twierdzi, że Sowiety dybią na połowę 
Polski",—pisał wówczas  
"Dziennik Polski". 
Szanujemy prof. Kukiela,  
jako uczonego, jako człowieka, 
który wkońcu zerwał ze swymi 
przyjaciółmi politycznymi, gdy 
już otwarcie wstąpili na drogę 
zdrady, ale powinien sam  
zrozumieć, że mówiąc o notach z 1943 
a nie wspominając, że takie 
same noty otrzymywaliśmy w 
1942, fałszuje rzeczywistość 
historyczną. 
Prof. Kukieł twierdzi w  
omawianym artykule, że rząd polski 
po nocie Sowietów z 1943 robił 
wszystko, aby zgodnie z  
przekonaniem "naszych anglo-saskich 
przyjaciół" "doprowadzić  
Sowiety do zmiany stanowiska"... 
Nad temi naiwnościami  
można przejść do porządku  
dziennego, ilustrują one tylko potęgę 
wpływu "przyjaciół  
anglosaskich" na mózg i duszę gen 
Sikorskiego i jego  
współpracowników. Ciekawe jest natomiast 
stwierdzenie prof. Kukiela, że 
Prezydent Raczkiewicz chwilę 
przytoczonej przez p. Zarembę. 
Ale odpowiadając dziś  
polemicznie p. Zarembie, załóżmy  
teoretycznie, że taka uchwała miała 
miejsce. 
Na pytanie retoryczne p.  
Zaremby, czy ci, którzyby takie 
uchwały postanawiali, byliby jał- 
tańczykami, odpowiadamy, że 
napewno tak. W takiem bowiem 
sformułowaniu, jakie przytacza 
nam p. Zaremba, niema nawet 
żadnego nawrotu do idei  
federalnej Rzeczypospolitej, czy też  
federacji narodów połączonych 
niegdyś pod berłem Jagiellonów, 
jakie głosiła PPS w 1919 roku. 
Zasada idei federalnej polegała 
właśnie na tern, że nie miało być 
terytorjów spornych, że Polacy 
nie mieli być znikąd wysiedlani, 
ze szkodą | CZy Wy}ączani, a tylko mieli  
pozostać u siebie i pracować razem 
z innemi narodami, a już w  
żadnym wypadku terytorjum nasze 
historyczne nie miało być  
krajane według proporcji Polaków do 
nie-Polaków. Jakże odmienny 
jest klimat "podziału terytorjów 
spornych" od klimatu idei, która 
chciała restaurować Wielkie 
Księstwo Litewskie w jakiejś 
nowoczesnej postaci. Czy ideje 
federalne były politycznie realne 
to rzecz inna, ale nie mają one 
"Official Documents". Nota z 17 nic dl z teg0 typu uch. 
!^?Z™ "^ _^, "TZamiellCM"a|wałą o której pisze p. Zaremba. 
Skąd pozatem p. Zaremba 
wie, że wszyscy Białorusini 
tam została pod Nr. 82 na str 
207. A więc " paląca potrzeba " 
ogłoszenia "podstawowych  
dokumentów" już dawno została  
załatwiona i nie ustrzegło to prof. 
Kukiela przed bezdrożami fal- 
chcieliby Polskę opuścić? Nasza 
polityka narodowościowa mądra 
nie była, palenie cerkwi prawo 
sławnych było głupotą i zbro 
szowania najbliższej nam histo- dni^ przeciwko której protesto- 
VJ1- walem, jak mogłem — ale za- 
Ale omawiany numer ^Wiado-jchowanie gię Białoruainów w 
czasie tej wojny nie wskazuje 
bynajmniej na to, że byli oni w 
całości przeciwnikami państwa 
polskiego. Przeciwnie wiemy, 
że w polskich oddziałach wojsko- 
mości" szkodliwy jest dla  
sprawy Ziem Wschodnich nietylko 
przez zamieszczenie  
przeinaczających rzeczywistość informacji 
prof. Kukiela. Na stronicy  
pierwszej tegoż numeru  
zamieszczone są długie wywody p.  
Zygmunta Zaremby. Jak wiadomo w 
czerwcu b.r. tak zwana  
"koncentracja demokratyczna" ogłosiła 
swą deklarację z dziwnemi  
wyrazami, że Ziem Wschodnich 
wych walczących na  
wileńszczyźnie i nowogródczyźnie, obok 
Polaków byli Białorusini, tak- 
samo katolicy jak prawosławni. 
Ci nasi bracia — przepraszam 
za patos, ale tutaj on jest najzu- 
■;"'•pełniej na miejscu—nie wiedzieli 
będzie się broniło "o tyle, o ile . zapewne> że jakaś Rada Jedności 
Wywołało to oburzenie, ale  
koncentracja demokratyczna na  
pytanie Związku Ziem Póln. 
Wschodnich skorygowała ten 
zwrot niefortunny. Teraz  
"Wiadomości" zamieszczają znowu 
artykuł p. Zaremby, który  
otwiera na nowo całą sprawę,  
powraca do intencji "o tyle, o ile",  
nazywa rząd polski rządem  
londyńskim, etc. Poco się to wszystko 
robi, poco się to ogłasza ? A no 
chyba, żeby nanowo rozjątrzyć 
stosunki pomiędzy narodowcami 
i socjalistami i utrudniać  
porozumienie. Ponieważ jątrzyć 
tych stosunków nie mamy  
zamiaru, więc zaznaczymy odrazu, że 
głos p. Zaremby hie jest głosem 
całego PPS, że p. Zaremba  
jeszcze za czasów niepodległości był 
zawsze frondą w swej partji, 
wiecznie był niezadowolony z 
kierownictwa partyjnego i  
widać tego swego charakteru nie 
zmienił. 
Otóż p. Zaremba opowiada 
o nieznanej nam  
nielojalności Rady Jedności Narodowej 
wobec naszych ziem. 
Pan Zaremba pisze ■ 
' Mimo zatrucia atmosfery przez 
barbarzyństwa ukraińskich  
nacjonalistów, wszystkie poważne stronnictwa 
polskie . . . kiedy przyszedł czas w 
którym Polska walcząca miała  
wypowiedzieć nietylko protest przeciwko 
narzucanej jej nowej granicy  
rozbiorowej, ale również sformułować  
zasady sprawiedliwej granicy pomiędzy 
Polska, Ukrainą i Białorusią, Rada 
Jedności Narodowej wypowiedziała 
się zdecydowanie za podziałam  
terenów spornych proporcjonalnie do ilo- 
Sci zamieszkujących Polaków. Czy 
„rzez to działacze Polski podziemne., 
'•tali się "jałtańczykami" ? — że użyję 
tego lansowanego dziś na emigracji 
epitetu ?". 
Niestety p. Zaremba nie  
podaje żadnej daty tej uchwały 
ani też nie przytacza jej tekstu. 
Toteż pozwolimy sobie wyrazie 
przekonanie, że tu jest coś nie w 
porządku. Albo takiej uchwały 
całkiem nie było, albo wygląd 
jej musiał odbiegać od wersji 
Narodowej nie uważa ich za  
obywateli polskich i chce ich  
odstąpić jakiemuś innemu państwu. 
Jeśli naprawdę taka uchwała 
miała miejsce to była ona  
zbrodnią, taką samą, jak palenie 
cerkwi "prawosławnych, które p. 
Zaremba tak słusznie potępia. 
List prof. Kukiela w  
"Wiadomościach" rozdrapuje  
wspomnienia o kłamstwach rządu 
Sikorskiego, ukrywających  
niebezpieczeństwa, które groziły 
Ziemiom Wschodnim. Artykuł 
p. Zaremby pociesza nas  
wiadomością, że warszawska centrala 
polityczna potrafiła  
jednocześnie wzywać nasz kraj, aby  
walczył według jej rozkazów i  
uchwalać postanowienia, że kraj ten 
odstąpi się komuś innemu.  
Musimy walczyć o to, aby tego  
rodzaju stosunek do ziem naszych się 
nie powtórzył. Będziemy  
walczyć z każdym, kto nie uszanuje 
obrony Lwowa i Wilna. Na  
emigracji pod tym względem dobrze 
nie jest. Emigracja nasza jest 
emigracją polityczną, a nie za 
robkową, a więc tego rodzaju 
właśnie organizacje, jak nasze 
Związki Ziem Wschodnich,  
powinny być przede wszystkiem 
podkreślane, demonstrowane, 
wysuwane na plan pierwszy. 
Wiemy, że nietylko tak nie jest. 
ale . . . 
Cat. 
ZARZĄD ZWIĄZKU ZIEM 
PÓŁNOCNO — WSCHODNICH 
przyjmuje zapisy członków,  
opłaty składek oraz udziela ińfor- 
macyj i porad swym członkom we 
wtorki, środy, i piątki (z  
wyjątkiem świąt) od godz. 14-ej  
dogodź. 18-ej. — Biuro Związku 
mieści się przy: 
74, Cornwall Gardens, S.W.7. 
Telephone: Western 5763. 
"POD PRĄD" 
Delamere Park Camp, nr. North- 
na żądanie wysyła i prenumeratę 
przyjmuje B. Swiderski, 
wich, Cheshire, England. 
BŁĄD, KTÓRY GO  
"KOSZTOWAŁ". 
W artykule p. Zaremby jest takie 
passus, świadczący jak dziecinnie na- 
iivnie\ rozumują ludzie, chcący być 
kierownikami politycznymi narodu, 
czy .partji. 
Czytamy: 
" Stalin i Politbiuro nie są też  
.nieomylni i popełniają nieraz błędy,  
które, jak sojusz ź Hitlerem w r. 1939 
dużo ich potemjkosztują". 
Gdyby p. Zaremba spowodu udziału 
Stalina w rozbiorze Polski pomiędzy 
Rosję a Niemcy w 1939 r. (tak  
niespodzianego widać dla sympatyków 
"wspólnego frontu") raz jeszcze się 
oburzył, raz jeszcze powtórzył, że 
działania Stalina były zbrodnią  
moralną — to miałby oczywiście rację. Ałe 
że słów p. Zaremby wynika, że ten 
bystry polityk dotychczas uważa, że 
na. spółce z Hitlerem'Stalin coś mater- 
jalnie stracił, że ta spółka w czetnś 
Stalinowi zaszkodziła, że to był 
"błąd", który go "kosztował". 
Oczywiście jest 'to . naiwność  
dyskwalifikująca całkowicie p. Zarembę, 
juko obserwatora politycznego.  
Stalina, jego "błąd" z 1939 rj nietylko dziś 
nic nie "kosztuje" ale naodwrót,  
■należy przypuszczać, ':<• gdyby tego błędu 
w 1939 nie. był popełnił, toby go dziś 
nie Itijlo. .Anglicy dążyli'do tego, aby 
odrazu Hitlerowi' narzucić "drugi" 
wschodni front 'w Rosji. Dali nam 
gwarancję w marcu 1939 aby w ten 
sposób natknąć Hitłera na ' bagnety 
sowieckie. Czy Rosja wytrzymałaby 
atak Hitłera w 1939 r. ' Niegotowy 
był wtedy jeszcze nietylko przemysł 
wojenny amerykański, ale naiuet 
angielskie ' 
Przez przyjęcie odrzuconej przez 
Polaków oferty Hitłera z 1939 roku. 
Stalin odwrócił kolejność napaści 
Hitlera, który wpierw napadł ' na 
I Francję, a potem dopiero na- Rosję, 
co, jak się zdaje, przesądziło o  
możliwości wspaniałego zwycięstwa Rosji 
u* 1945 roku. 
CZY NALEŻY MÓWIĆ  
REALNĄ PRAWDĘ. 
Zapewne' wskutek -artykuliku  
powyższego odezwą się,głosy, zarzucają 
cc mi, że w spraioie '/pretensji  
Anglików do 'Rosji, ii Rosjlj}':lL-HD39 r.  
uchyliła się od współnegę frontu przeciw 
Hitlerowi, stoję po stronie rosyjskiej. 
Odpowiadam : 
Pa niczyjej stronic nii: staję, a  
tylko tlomnczę swoim rodakom, jak  
naprawdę działa mechanizm polityczny 
tego świata. Każde 'paAstwo w tej 
wojnie broniło swoicli interesów  
narodowych. Anglicy cliciełi aby Hitler 
wykrwawił się wi>ienv n Rosję, Stalin 
aby Hitler straci1 penną ilość 
sil wpierw na fr.-	
			

/094_0001_1.djvu

			19 Października 1947 r. 
Redakcja 1 administracja: 
42, Eton Place, Chalk Farm, 
London, N.W.3. 
Prenumerata miesięczna 4 sh. 
Numer pojedynczy 1 sh. 
IWCft/iWiLNO 
NA BRACI ZZA BUGA 
Tygodnik " Lwów i Wilno " 
poświęcony jest obronie sprawy 
Ziem wschodnich wobec  
własnego rządu, własnego  
społeczeństwa, pojęć własnego narodu. 
Nie obiecujemy nikomu, że  
zmienimy zapatrywania p. Trumana 
na sprawę wileńską, natomiast 
dopóki nasz tygodnik ukazywać 
się będzie, walczyć będziemy z 
rezygnacyjną, czy. odstępczą  
polityką uprawianą przez  
czynniki . . . polskie. 
Krzywdy, których doznaliśmy 
od swoich bolą najwięcej. Toteż 
nie możemy bez wzruszenia i  
oburzenia czytać takich naprzykład 
wspominków historycznych, jak 
te, które w ostatnich  
"Wiadomościach" (Nr. 8 datowany 19 
października 1947) zamieszcza 
prof. Kukieł pod tytułem : "Rząd 
polski wobec groźby zaboru 
Ziem Wschodnich". Polemizując 
z p. J. Kwapińskim, prof. Kukieł 
powołuje się na to. że  
przeglądał akta i notę sowiecką z 16 
stycznia 1943 r. "Był to —  
biada prof. Kukieł — nietylko 
odczytania tej noty wybrał dla 
"oświadczenia złożonego do pro- 
tokułu" "uznania dla premjera". 
"Do tego oświadczenia — pisze 
elegijnie prof. Kukieł —  
przyłączyła się Rada Ministrów". Od 
siebie dodajmy, że rada  
ministrów gen. Sikorskiego  
wyrażała mu uznanie po każdej klęsce 
Polski. 
Prof. Kukieł kończy swój 
artykuł słowami: 
"... coraz bardziej palącą  
wydaje się potrzeba ogłoszenia  
podstawowych dokumentów dotyczących  
sprawy polskiej w drugiej wojnie  
światowej. Bez tego publicystyka polska 
zbyt łatwo brnąć będzie po bezdrożach 
urojeń, uprzedzeń, zniekształconych 
wspomnień i legend 
sprawy, której służy". 
Ależ akt o którym prof. Kukieł j 
zapomina i który pomija, to zna-1 
czy nota sowiecka z 17 stycznia 
1942 (tysiąc dziewięćset czter-1 
dziestego drugiego) i inne doku-' 
menty "podstawowe" ogłoszone 
zostały nietylko w moich  
"Latach Nadziei", których p. Kukieł 
zapewne nie lubi, ale także w 
oficjalnem wydawnictwie am 
straszliwy cios dla setek tysięcy basady polskiej w Waszyngtonie 
p.t. "Polish-Soviet Relations" 
rodaków, nietylko godził on w 
suwerenność Rzeczypospolitej ; 
był to jawny nawrót polityki 
Sowietów wobec Polski na drogę 
przemocy i gwałtu". 
"Nawrót" ! . . . Jeśli mamy 
używać tego wątpliwej ścisłości 
określenia, to "nawrót" ten miał 
miejsce nie 16 stycznia 1943, 
lecz rok przedtem, 17 stycznia 
1942 r. Pod osłoną oburzania 
się na Sowiety, prof. Kukieł 
stara się, abyśmy zapomnieli o 
polityce rządu gen. Sikorskiego 
przez cały rok 1942 ! Atak 
Sowietów na terytorjum  
Rzeczypospolitej, — "nawrót" do linji 
Mołotow-Ribbentropp miał  
miejsce nie w styczniu 1943, ale 17 
stycznia 1942 r. kiedy ambasada 
nasza otrzymała notę,  
powiadamiającą ją, że rząd sowiecki nie 
będzie rozpatrywał żadnych not 
lolskich, któreby stały na stano 
wisku, że Lwów, Brześć,  
Stanisławów, lub "inne miasto,  
znajdujące się na terytorjum  
ukraińskiej socjalistycznej republiki 
radzieckiej, lub białoruskiej  
socjalistycznej republiki  
radzieckiej, wchodzących w skład  
związku socjalistycznych republik 
radzieckich są miastami  
Rzeczypospolitej Polskiej." 
I jakże wobec tego zachował 
się rząd gen. Sikorskiego ? — 
Ukrył, ' schował prawdę,- zaczął 
fałszować rzeczywistość. Przez 
radjo, przez swoją prasę, nawet 
w okólnikach poufnych  
zaprzeczał tej wiadomości, kłamaj, 
oszukiwał ludzi, kraj,  
społeczeństwo. Na moje rewelacje  
istotnego stanu rzeczy, ogłaszane w 
broszurach wydanych w  
styczniu, lutym i marcu 1942 roku, 
odpowiadał zaprzeczeniami i 
drwinami: "P. Mackiewicz,  
posuwa się jeszcze, dalej . . .  
twierdzi, że Sowiety dybią na połowę 
Polski",—pisał wówczas  
"Dziennik Polski". 
Szanujemy prof. Kukiela,  
jako uczonego, jako człowieka, 
który wkońcu zerwał ze swymi 
przyjaciółmi politycznymi, gdy 
już otwarcie wstąpili na drogę 
zdrady, ale powinien sam  
zrozumieć, że mówiąc o notach z 1943 
a nie wspominając, że takie 
same noty otrzymywaliśmy w 
1942, fałszuje rzeczywistość 
historyczną. 
Prof. Kukieł twierdzi w  
omawianym artykule, że rząd polski 
po nocie Sowietów z 1943 robił 
wszystko, aby zgodnie z  
przekonaniem "naszych anglo-saskich 
przyjaciół" "doprowadzić  
Sowiety do zmiany stanowiska"... 
Nad temi naiwnościami  
można przejść do porządku  
dziennego, ilustrują one tylko potęgę 
wpływu "przyjaciół  
anglosaskich" na mózg i duszę gen 
Sikorskiego i jego  
współpracowników. Ciekawe jest natomiast 
stwierdzenie prof. Kukiela, że 
Prezydent Raczkiewicz chwilę 
przytoczonej przez p. Zarembę. 
Ale odpowiadając dziś  
polemicznie p. Zarembie, załóżmy  
teoretycznie, że taka uchwała miała 
miejsce. 
Na pytanie retoryczne p.  
Zaremby, czy ci, którzyby takie 
uchwały postanawiali, byliby jał- 
tańczykami, odpowiadamy, że 
napewno tak. W takiem bowiem 
sformułowaniu, jakie przytacza 
nam p. Zaremba, niema nawet 
żadnego nawrotu do idei  
federalnej Rzeczypospolitej, czy też  
federacji narodów połączonych 
niegdyś pod berłem Jagiellonów, 
jakie głosiła PPS w 1919 roku. 
Zasada idei federalnej polegała 
właśnie na tern, że nie miało być 
terytorjów spornych, że Polacy 
nie mieli być znikąd wysiedlani, 
ze szkodą | CZy Wy}ączani, a tylko mieli  
pozostać u siebie i pracować razem 
z innemi narodami, a już w  
żadnym wypadku terytorjum nasze 
historyczne nie miało być  
krajane według proporcji Polaków do 
nie-Polaków. Jakże odmienny 
jest klimat "podziału terytorjów 
spornych" od klimatu idei, która 
chciała restaurować Wielkie 
Księstwo Litewskie w jakiejś 
nowoczesnej postaci. Czy ideje 
federalne były politycznie realne 
to rzecz inna, ale nie mają one 
"Official Documents". Nota z 17 nic dl z teg0 typu uch. 
!^?Z™ "^ _^, "TZamiellCM"a|wałą o której pisze p. Zaremba. 
Skąd pozatem p. Zaremba 
wie, że wszyscy Białorusini 
tam została pod Nr. 82 na str 
207. A więc " paląca potrzeba " 
ogłoszenia "podstawowych  
dokumentów" już dawno została  
załatwiona i nie ustrzegło to prof. 
Kukiela przed bezdrożami fal- 
chcieliby Polskę opuścić? Nasza 
polityka narodowościowa mądra 
nie była, palenie cerkwi prawo 
sławnych było głupotą i zbro 
szowania najbliższej nam histo- dni^ przeciwko której protesto- 
VJ1- walem, jak mogłem — ale za- 
Ale omawiany numer ^Wiado-jchowanie gię Białoruainów w 
czasie tej wojny nie wskazuje 
bynajmniej na to, że byli oni w 
całości przeciwnikami państwa 
polskiego. Przeciwnie wiemy, 
że w polskich oddziałach wojsko- 
mości" szkodliwy jest dla  
sprawy Ziem Wschodnich nietylko 
przez zamieszczenie  
przeinaczających rzeczywistość informacji 
prof. Kukiela. Na stronicy  
pierwszej tegoż numeru  
zamieszczone są długie wywody p.  
Zygmunta Zaremby. Jak wiadomo w 
czerwcu b.r. tak zwana  
"koncentracja demokratyczna" ogłosiła 
swą deklarację z dziwnemi  
wyrazami, że Ziem Wschodnich 
wych walczących na  
wileńszczyźnie i nowogródczyźnie, obok 
Polaków byli Białorusini, tak- 
samo katolicy jak prawosławni. 
Ci nasi bracia — przepraszam 
za patos, ale tutaj on jest najzu- 
■;"'•pełniej na miejscu—nie wiedzieli 
będzie się broniło "o tyle, o ile . zapewne> że jakaś Rada Jedności 
Wywołało to oburzenie, ale  
koncentracja demokratyczna na  
pytanie Związku Ziem Póln. 
Wschodnich skorygowała ten 
zwrot niefortunny. Teraz  
"Wiadomości" zamieszczają znowu 
artykuł p. Zaremby, który  
otwiera na nowo całą sprawę,  
powraca do intencji "o tyle, o ile",  
nazywa rząd polski rządem  
londyńskim, etc. Poco się to wszystko 
robi, poco się to ogłasza ? A no 
chyba, żeby nanowo rozjątrzyć 
stosunki pomiędzy narodowcami 
i socjalistami i utrudniać  
porozumienie. Ponieważ jątrzyć 
tych stosunków nie mamy  
zamiaru, więc zaznaczymy odrazu, że 
głos p. Zaremby hie jest głosem 
całego PPS, że p. Zaremba  
jeszcze za czasów niepodległości był 
zawsze frondą w swej partji, 
wiecznie był niezadowolony z 
kierownictwa partyjnego i  
widać tego swego charakteru nie 
zmienił. 
Otóż p. Zaremba opowiada 
o nieznanej nam  
nielojalności Rady Jedności Narodowej 
wobec naszych ziem. 
Pan Zaremba pisze ■ 
' Mimo zatrucia atmosfery przez 
barbarzyństwa ukraińskich  
nacjonalistów, wszystkie poważne stronnictwa 
polskie . . . kiedy przyszedł czas w 
którym Polska walcząca miała  
wypowiedzieć nietylko protest przeciwko 
narzucanej jej nowej granicy  
rozbiorowej, ale również sformułować  
zasady sprawiedliwej granicy pomiędzy 
Polska, Ukrainą i Białorusią, Rada 
Jedności Narodowej wypowiedziała 
się zdecydowanie za podziałam  
terenów spornych proporcjonalnie do ilo- 
Sci zamieszkujących Polaków. Czy 
„rzez to działacze Polski podziemne., 
'•tali się "jałtańczykami" ? — że użyję 
tego lansowanego dziś na emigracji 
epitetu ?". 
Niestety p. Zaremba nie  
podaje żadnej daty tej uchwały 
ani też nie przytacza jej tekstu. 
Toteż pozwolimy sobie wyrazie 
przekonanie, że tu jest coś nie w 
porządku. Albo takiej uchwały 
całkiem nie było, albo wygląd 
jej musiał odbiegać od wersji 
Narodowej nie uważa ich za  
obywateli polskich i chce ich  
odstąpić jakiemuś innemu państwu. 
Jeśli naprawdę taka uchwała 
miała miejsce to była ona  
zbrodnią, taką samą, jak palenie 
cerkwi "prawosławnych, które p. 
Zaremba tak słusznie potępia. 
List prof. Kukiela w  
"Wiadomościach" rozdrapuje  
wspomnienia o kłamstwach rządu 
Sikorskiego, ukrywających  
niebezpieczeństwa, które groziły 
Ziemiom Wschodnim. Artykuł 
p. Zaremby pociesza nas  
wiadomością, że warszawska centrala 
polityczna potrafiła  
jednocześnie wzywać nasz kraj, aby  
walczył według jej rozkazów i  
uchwalać postanowienia, że kraj ten 
odstąpi się komuś innemu.  
Musimy walczyć o to, aby tego  
rodzaju stosunek do ziem naszych się 
nie powtórzył. Będziemy  
walczyć z każdym, kto nie uszanuje 
obrony Lwowa i Wilna. Na  
emigracji pod tym względem dobrze 
nie jest. Emigracja nasza jest 
emigracją polityczną, a nie za 
robkową, a więc tego rodzaju 
właśnie organizacje, jak nasze 
Związki Ziem Wschodnich,  
powinny być przede wszystkiem 
podkreślane, demonstrowane, 
wysuwane na plan pierwszy. 
Wiemy, że nietylko tak nie jest. 
ale . . . 
Cat. 
ZARZĄD ZWIĄZKU ZIEM 
PÓŁNOCNO — WSCHODNICH 
przyjmuje zapisy członków,  
opłaty składek oraz udziela ińfor- 
macyj i porad swym członkom we 
wtorki, środy, i piątki (z  
wyjątkiem świąt) od godz. 14-ej  
dogodź. 18-ej. — Biuro Związku 
mieści się przy: 
74, Cornwall Gardens, S.W.7. 
Telephone: Western 5763. 
"POD PRĄD" 
Delamere Park Camp, nr. North- 
na żądanie wysyła i prenumeratę 
przyjmuje B. Swiderski, 
wich, Cheshire, England. 
BŁĄD, KTÓRY GO  
"KOSZTOWAŁ". 
W artykule p. Zaremby jest takie 
passus, świadczący jak dziecinnie na- 
iivnie\ rozumują ludzie, chcący być 
kierownikami politycznymi narodu, 
czy .partji. 
Czytamy: 
" Stalin i Politbiuro nie są też  
.nieomylni i popełniają nieraz błędy,  
które, jak sojusz ź Hitlerem w r. 1939 
dużo ich potemjkosztują". 
Gdyby p. Zaremba spowodu udziału 
Stalina w rozbiorze Polski pomiędzy 
Rosję a Niemcy w 1939 r. (tak  
niespodzianego widać dla sympatyków 
"wspólnego frontu") raz jeszcze się 
oburzył, raz jeszcze powtórzył, że 
działania Stalina były zbrodnią  
moralną — to miałby oczywiście rację. Ałe 
że słów p. Zaremby wynika, że ten 
bystry polityk dotychczas uważa, że 
na. spółce z Hitlerem'Stalin coś mater- 
jalnie stracił, że ta spółka w czetnś 
Stalinowi zaszkodziła, że to był 
"błąd", który go "kosztował". 
Oczywiście jest 'to . naiwność  
dyskwalifikująca całkowicie p. Zarembę, 
juko obserwatora politycznego.  
Stalina, jego "błąd" z 1939 rj nietylko dziś 
nic nie "kosztuje" ale naodwrót,  
■należy przypuszczać, ':<• gdyby tego błędu 
w 1939 nie. był popełnił, toby go dziś 
nie Itijlo. .Anglicy dążyli'do tego, aby 
odrazu Hitlerowi' narzucić "drugi" 
wschodni front 'w Rosji. Dali nam 
gwarancję w marcu 1939 aby w ten 
sposób natknąć Hitłera na ' bagnety 
sowieckie. Czy Rosja wytrzymałaby 
atak Hitłera w 1939 r. ' Niegotowy 
był wtedy jeszcze nietylko przemysł 
wojenny amerykański, ale naiuet 
angielskie ' 
Przez przyjęcie odrzuconej przez 
Polaków oferty Hitłera z 1939 roku. 
Stalin odwrócił kolejność napaści 
Hitlera, który wpierw napadł ' na 
I Francję, a potem dopiero na- Rosję, 
co, jak się zdaje, przesądziło o  
możliwości wspaniałego zwycięstwa Rosji 
u* 1945 roku. 
CZY NALEŻY MÓWIĆ  
REALNĄ PRAWDĘ. 
Zapewne' wskutek -artykuliku  
powyższego odezwą się,głosy, zarzucają 
cc mi, że w spraioie '/pretensji  
Anglików do 'Rosji, ii Rosjlj}':lL-HD39 r.  
uchyliła się od współnegę frontu przeciw 
Hitlerowi, stoję po stronie rosyjskiej. 
Odpowiadam : 
Pa niczyjej stronic nii: staję, a  
tylko tlomnczę swoim rodakom, jak  
naprawdę działa mechanizm polityczny 
tego świata. Każde 'paAstwo w tej 
wojnie broniło swoicli interesów  
narodowych. Anglicy cliciełi aby Hitler 
wykrwawił się wi>ienv n Rosję, Stalin 
aby Hitler straci1 penną ilość 
sil wpierw na fr.-	
			

/095_0001.djvu

			LWÓW 1 WfLNo 
powodzenia, nastąpiła nieudana  
operacja na Moskwę. Za półtora miesiąca, 
pierwsza w tej wojnie przegrana  
bitwa pod Rostowem nad Donem w  
grudniu 1941 (zdaje się 12-go). 
BBC miało rację wyśmiewać się z 
Hitlera. Tylko bowiem kompletna 
ignoracja, abo obłęd mogą  
doprowadzić wodza, odpowiedzialnego za  
operację miljonowych armi.j to tak  
fantastycznej oceny sytuacyjnej na  
froncie. 
Nie wnikając w bliższą analizę  
osobowości Adolfa Hitlera, bez błędu 
chyba wypadnie definicja, że kryterja 
jego decyzji przesuwały się coraz  
bardziej w dziedzinę szaleńczych wizji i 
nierealnych złudzeń. I rzecz oczywista 
musiało mu się zdawać, że zdeptana 
godność osobista jednostki ludzkiej uie 
może mieć żadnego, ale to absolutnie 
żadnego znaczenia w tym, przezeń wy- 
koncypowanym rachunku. 
JM. 
"ŚWIT, DZBEŃ I NOC" 
NICCODEMBEGO W " BIAŁYM 
ORLE" 
Oto typowy przykład dwojga  
doskonałych aktorów obdarzonych  
możliwie nieodpowiednią sztuką. 
Pani Andrzejewska należy do teatru 
Zapolskiej: interpretacja  
realistyczna, osiąganie maximum napięcia  
dramatycznego wszystko jedno jak,  
krzykiem, szeptem, milczeniem, każdy :". 
tych chwytów jest w jej wykonaniu 
— chwytem niezawodnym. Wojtecki 
należy do teatru Oskara Wilde'a. Byl 
niezrównanym w Polsce odtwórcą roli 
idealnego Anglika, to znaczy takiego, 
który na świat odrazu przyszedł z 
nieposzlakowaneml manjerami. Który 
formę ceni bardziej niż treść i mnie 
ma — nie ręczę czy słusznie — że 
opanowywanie odruchów jest  
ważniejsze niż talent, inteligencja, ba,  
nawet genjusz. Dlatego też jest  
zawsze w dobrym humorze, beztroski i 
trochę drwiący. Ma dobrze  
odprasowane spodnie, kompleks wyższości i 
jest banalny z wdziękiem. 
Dzięki tym zaletom Wojtecki byl 
najlepszy w pierwszym akcie, kiedy 
musi być właśnie tym beztroskim  
intruzem, pewnym siebie i żartobliwym. 
Zato Andrzejewska była w nim  
najgorsza. Wdarła się na scenę przyakom- 
panjamencie zbyt gwałtownie  
szarpanej furtki, a potem nagle zamarła i 
ledwo suwała po scenie jak śnięta, 
mechanicznym ruchem ściągając szal 
pod brodą. 
W drugim akcie Andrzejewska się 
ożywia: każdy cień możliwości  
wydobycia akcentu dramatycznego  
momentalnie ją pobudza i dopinguje, 
wydaje się, że i sobie i jemu za chwilę 
złamie serce. Jest prawie że już w 
swoim żywiole. Niestety, sztuka na 
to nie pozwala. 
Wojtecki w drugim akcie taki sam 
jak w pierwszym. 
W trzecim są tacy sami jak w 
drugim, plus że oboje szarżują. Sa 
tak pewni swego zwycięstwa, że  
zaczynają swoją miłość poklepywać' 
protekcjonalnie po ramieniu,  
lekceważą ją, mówią do niej per pogardliwe 
ty. I kończą akcentem parodji,  
niemal groteski. Dlaczego ? ! 
Zbyt wyraźne akcentowanie słów 
zmusiło widzów do pilnego śledzenkt 
treści, tak jakgdyby ta treść mlah' 
jakiekolwiek znaczenie. Tymczasem 
sztuka ma żyć wyłącznie nastrojem. 
Wyobrażamy sobie genjalną parę 
mimików (żeby tylko wspomnieć "Les 
enfants de Paradis"), którzy napewno 
zagraliby "świt, dzień i noc" nie  
posługując się zupełnie słowami, a tylko 
gestem ramion, spojrzeniem,  
wyciągnięciem ręki. W tej sztuce można nie 
mówić, a]e trzeba czuć. I mylnie  
uważa Wojtecki, że pojedynek, ten na 
scenie, jest objektem godnym  
lekceważenia. Tamten pojedynek za sceną 
jest moża zabawny, ten na scenie jest 
bardzo poważny. Ludzie ci się zama- 
ło znają, żeby móc polegać na sobie 
1 każde z nich z najwyższym  
niepokojem powinno śledzić reakcje  
drugiego : czy tamten rozumie moją gre, 
czy gra na poziomie, czy nie skrewi ? 
Jakże wymowny jest ten okrzyk 
Andrzejewskiej pełen niepokoju ; o  
głupi, głupi! kiedy wydaje się jej przez 
chwilę, że partner gry o miłość  
pomylił się, utracił wątek, zaplątał nici. 
Przecież przez całe trzy akty jest w 
nich ta niepewność, to chodzenie po 
linie nad przepaścią. Każde z nich wie 
że jeden fałszywy krok wystarczy. I 
dopiero przy samym koóeu  
opanowuje ich uczucie radosnego tryumfu: 
mogą wtedy śmiać się i żartować  
beztrosko, ale f 'ego uczucia nie  
lekceważą. DZA. 
LISTOPAD 
ZA LAT DWADZIEŚCIA 
Październik . . . Niemasz piękniej 
szych dni —• i tam u nas w krainie 
drżącej światłem oddalenia i ukocha 
nia — i tu, w tej Anglii. 
Jeszcze dnie rozpalają się powoli, 
jeszcze lśni w nich przezroczystość i 
spokój, jeszcze płynie przez nie cisza, 
zamyślenie, jeszcze czujesz w ich  
błękitnym, bladym spojrzeniu słodycz, 
która wstępuje do serca, jakby to ona 
jedna była władczynią i treścią życia. 
. . Słodycz uciekającej chwili. 
Jutro nie to. Jutro szara mgła 
Jutro chłód. Jutro wytężony krok i 
załamane ręce. Wczoraj, to bolesne, 
straszne, okaleczałe " wczoraj " ginie 
gdzieś w rdzawych mgłach. Jesień ma 
swoje ciche ukołysania, ma swój czar 
odwiecznej łaskawości. 
A gdy przyjdzie listopad . . . Gdy 
nie zostanie nic, prócz tej umęczonej 
drogi, prócz ziemi zoranej, próci- 
udeptanych rżysk i wygonów, gdy  
pochyli się ostatni złamany, wynę- 
( znlały kwiatek nad kępką  
umierającej trawy i wyszczerzą się martwe 
pól zamarzłe kałuże, gdy zmętnieją, 
zrudzleją zatopione łąki, gdy prze:: 
świat górą pobiegną rude chmury, a 
wiatr uderzy ci w pierś i zasnuje ler, 
deszczowych firanką złoto ostatnich 
brzóz 1 burą chustę starej gruszy, gdy 
wyjrzeć w świat — to wyjrzeć w 
zwycięstwo i panowanie bezlitosnej i 
niezrozumiałej zagłady, wtedy skost 
nialy z zimna, brnąc przez półzama 
rzłą grudę, łamiąc trzaskające  
rozlewiska, ślizgając się w błocie, idzies:-. 
gdzieś w ciemność dnia — do tego sa 
mego starego sadu, do tych samych 
drzew ciemnych, do tych liści zmur 
szarych szmeru, aż pod ściany  
przemokłe, aż do głębi rodzimego, twego 
domu. 
Ten dom, jest on — czy go nie ma, 
to wieczna ucieczka twoja. U jego 
ścian, u jego ogniska, usiądziesz  
zawsze, świat uciekł, zamarł, zamknął 
się w swoich tajemnicach i swoją  
nową gotuje w duszy przyszłość. 
Ty też. Nieszczęścia i zgony mają 
swoją logikę 1 swoje przeznaczenie. 
Przez nie idzie pochylony czas. A 
obok niego płynie rzeka życia. Dziś 
ściemniała, czarna, jutro martwa, 
skuta w lody, skamieniała. Lecz pod 
nią płynie nurt wieczysty. 
Jest czas rozkwitu, jest czas  
prężenia ramion, jest czas pocałunków, 
jest czas rozkoszy. 
Jest czas, kiedy się wnosi mury 
miast. Jest czas gdy się je burzy. 
Jest czas na pracę i jest czas na 
marzenia. 
Lecz nigdy, przenigdy niema, nie 
może być chwil i godzin, nawet  
momentów na rozpacze i zapomnienia. 
Wplecenl jesteśmy w kolo  
wiecznych istnień, nie wolno nam myśleć"' 
inaczej. 
Oto listopadowe czasy. Listopad w 
naszym narodzie to emblemat  
nieszczęśliwych, przedwczesnych  
porywów, to przypomnienie tułających się 
po świecie ludzi i myśli, to walki  
bezpłodne i bezsławne, to wartość  
smutków łzawych, rozsnutych nadaremnie 
po gościńcach dusz pokoleń. 
Każda epoka ma swój wielki rytm. 
Historia to olbrzymia, coraz nowa 
symfonia. Któż odpowie na jakim 
largo, czy maestaso zatrzymała się 
ona. ? Stoimy w jej wielkim zaciszu. 
W zaciszu pustki zamkniętego aktu 
tragedii. Może tylko w zaciszu  
wielkiej, listopadowej ciszy świata. 
Jest czas na wielki odpoczynek 
świata. Jest czas na wielki spoczynek 
i rozwagę. Jest czas na największą, 
najbogatszą pracę. Jest czas na godzi, 
nę myśli. 
Ale w duszy narodu coś się  
nieustannie szamoce. Dramat przyrody, 
dramat świata, jego architektonlka, 
jego klasyczna budowa — to nie dla 
nas. Odpychamy nakazy chwili, nie i 
oglądamy się na kontury gór-olbrzy-' 
mów, czy chmur potężnych. Dla nas , 
jest dekalogiem odwieczny ruch, ruch I 
czynów, głód decyzji, pasja rozstrzyg-1 
nieć. I 
Dynamika polskiego czynu — to 
nasza chluba, ale tuż obok Idzie  
nieznana innym narodom dynamika  
naszych klęsk. 
I teraz ... I teraz w listopadowym 
zaciszu, gdy zginęło tyle, gdy stoimy 
nad mogiłami 1 u przepaści, 1 teraz, 
zamiast godziny myśli, którą nam 
daje łaskawa historia, sięgamy po 
rozwiązania, które albo są  
ekstremami rozpaczy, albo stawkami gracza, 
któremu pilno jest rozgrywać partię, 
tak czy owak, byle ją rozegrać. 
Nikt nas jeszcze w kark nie goni 
Nikt nam jeszcze zagadki Edypa 
.przed nos nie stawi. Mamy jeszcze 
to i owo. I tu i tam możemy budować, 
pracować, zbierać siły, obliczać je, 
bez hałasów i krzyków dźwigać ze 
sił własnych naszą przyszłość, która 
po wnikliwej rozwadze ani tak jest 
pogrzebana, ani tak jest beznadziejna, 
ani znów tak bliska 1 łatwa. 
Czas daje nam oparcie o rozwagę 1 
skupienia. Odtrącamy je. Stajemy 
sami codziennie oko w oko z  
rozstrzygnięciami naszego bytu. Nie pytani i 
nie n,agleni codziennie pośród siebie 
odbywamy wyścig dowcipu i  
wykład argumentów, dokąd mamy iść, z 
kim mamy iść, co komu oddać i kiedy 
Najdziwniejszym jest to, że chociaż 
ocean dziejów jest wzburzony, nikt 
jego wybuchów na świecie określić nie 
jest zdolny, a my już rzucamy się w 
wyobraźni w jego głębię. 
Najsmutniejszym jest to, że  
ukazujemy i tym i owym, co czynić chcemy, 
kogo zdradzać pragniemy i kogo 
nolens volens popierać, że obnażamy 
swe zamiary jak nieostrożna Zuzanna 
swe wdzięki, że gubimy się w  
pomysłach 1 łamiemy się w rozbieżnościach, 
że czas tracimy i rwiemy na kawałki 
myśli zamiast je oddać służbie  
narodu. 
A najstraszniejszym jest, że tuż 
nad grobem naszej niepodległości, 
rwiemy, dzielimy państwo polskie,  
obrywamy je jak płachtę, rzucamy, jak 
strzępy geograficznych map, naszym 
koncepcjom. 
Czynił to Churchill, mierząc polski 
kraj na angielskie palce, robił to 
Bidault, mówiąc o Polakach, jako o 
narodzie, który można przetaczać z 
zachodu na wschód 1 z powrotem w 
wagonach, jak bydło. 
Wolnoż to nam czynić ? Czyż nie 
jest czas na milczenie, wielkie  
milczenie wielkiego narodu polskiego w tym 
listopadzie naszych dziejów ? 
Zapomnienie, powiecie ? Jeśli do 
serc Polaków może się wtrącić  
zapomnienie i pochłonąć te ofiary, i mogiły 
krwawej niezastygłej przeszłości, 
tedy nie warto, nie warto myśleć o 
przyszłości. 
Nie. Naród dźwignie się jak  
drapieżny, krwawo-biały ptak, gdy 
przyjdzie pora po temu. 
Teraz nie pora myśleć o dzieleniu 
Polski 1 nie pora lizać łapy tych lub 
innych zwycięzców. 
Listopad PolBki, wielki listopad  
Narodu musi się stać glebą urodzajną 
dla przyszłej jego WIOSNY ! 
Zygmunt Jundzill. 
Szwajcaria litewska 
Na początku siedemnastego wieku 
w bitwie pod Białą Górą Czesi  
ponieśli ogromną klęskę. Zginął tam t.zw, 
kwiat młodzieży czeskiej. Naród pod- ] postawę ogólną, 
iósł się z upadku, ale jednak czegoś które stwarzają typ człowieka, z któ-1 
Piszę to wszystko nie z powodu 
wrodzonej niechęci do Czechów, ale 
dlatego że tamta klęska kojarzy ml 
się tak wyraźnie z obecną naszą  
klęską, że skutki Białej Góry mogą być 
proroctwem skutków powstania  
Warszawy. Czy to oznacza, że źle by się 
stało, gdybyśmy na przyszłość stali 
się w polityce ostrożniejsi i cynicz- 
niejsi ? gdyby młodzież polska  
przestać iść do lasów i spróbowała  
przeczekać, przetrwać ? Nie, to było by 
doskonale. Ale mnie chodzi o pewną 
cechy zasadnicze, 
mu po tej klęsce zabrakło. Odrodził 
się inny, tak zupełnie, djametralnie 
inny, jakby pod Białą Górą prócz  
tysięcy trupów spoczęły z niemi nazaw- 
sze pewne cechy narodowe,  
powiedziałbym : pewne jego najpiękniejsze 
cechy. Te same cechy, któremi się 
odznaczyła młodzież polska przy  
końcu obecnej wojny w powstaniu war- 
szawsklem. 
Od czasów Białej Góry Czesi  
zamienili wspaniały gest bohaterstwa 
na rozsądną kalkulację kupiecką, 
wartość słowa honoru zaczęła  
podlegać wpływom konjunkturalnym, a 
doskonała propaganda zasłoniła  
kolaborację L lansowała — Lidice. 
rycli wnioskując mówi się właśnie 
tak, ten człowiek musi być Polakiem. 
W Polsce na przyrost naturalny nie 
można narzekać. Jak grzyby po 
deszczu rosną małe Zosie i Marysie, 
Jasie i Kubusie nie troszcząc się co 
będzie jutro. I zastanawiam się tylko 
jakto bę-lzie za jakichś lat  
dwadzieścia, kiedy ten młody narybek będzie z 
dumą obchodzić swoje pełnolccle. Czy 
będą podobni, a raczej czy będą  
bardzo niepodobni do tych wszystkich 
małych Jurków 1 Zoś pogrzebanych w 
gruzach Warszawy. Czy nie odeszły, 
nie zginęły z nimi nazawsze pewne, 
nasze cechy narodowe. Te  
najpiękniejsze. E. 
... Za Podbrodziem pejzaż za  
oknami wagonu zmienia się. Ożywia się 
znużone dotychczasową monotonją 
oko podróżnego i odtąd już do końca 
podróży nie oderwie się od okna. Bo 
oto wjeżdżamy w krainę jezior, w 
słynną "Szwajcarję Litewską",  
ciągnącą się wzdłuż kolei pasem  
szerokim, hen, daleko poza granice Litwy i 
Łotwy. Pofalowana płaszczyzna  
zmienia się w pagórki i wzgórza porosłe 
lasem. Co chwila zjawia się, lśni na 
chwilę w słońcu i znika za ścianą  
nasypu lub za bukietem drzew —  
zwierciadło jeziora. Pociąg Idzie zbyt  
szybko, abyśmy zdążyli nasycić wzrok 
bogactwem tych mijających jak  
zjawy jezior 1 ocenić w pełni Ich piękno. 
Za stacją Ignalino zaczyna lśnić na 
horyzoncie wschodnim coś niby klinga 
srebrna — klinga ta będzie biec wraz 
z nami długo: miniemy stację 1  
miasteczko Duk3zty a jeszcze wciąż lśnić 
będzie, aż rozwieje się i zniknie  
dopiero wtedy, gdy się zbliżymy do  
granicy łotewskiej. To jezioro Dzlsna. 
Jezioro Dzisna, podobnie jak tysiąc 
Innych jezior 1 jeziorek litewskich, ma 
toń modrą, a brzegi wielce  
urozmaicone. Mamy więc krawędzie twarde, 
blałoplaszczyste, lizane łagodną  
pieszczotą fali, wymarzone plaże  
słodkowodne. Mamy brzegi zarośnięte  
lożami i szerokim pasem sitowia 1 trzcin, 
ostoje dzikich kaczek, perkozów.  
kurek wodnych 1 łysek. Mamy wreszcie 
brzegi oddzielone od sąsiednich  
mokrych łąk obszernym kobiercem  
zdradliwego "lunu". Lunem ludność  
miejscowa nazywa trzęsawisko czyli  
grubszą lub cieńszą warstwę mchu,  
kryjącą pod sobn rozcicńc~.one błoto lub  
nawet czystą wodę — nieraz bardzo 
głęboką. Jest 'więc lun formacją  
bardzo podobną do t.zw. mszaru, ale nie 
równoznaczną : "mszar" niekoniecznie 
powstaje obok jeziora lub w związku 
z jeziorem i najczęściej bywa zgolą 
niewinny; natomiast "lun" jest  
zawsze wynikiem zarastania mchem  
jeziora (łub, rzadziej, rzeki bagnistej), 
zawsze tai pod swą powłoką głębię 
wodną i przeto zawsze jest zdradliwy. 
Pod kim się przerwie lun, ten wpada 
"jak kamień w wodę" i kożuch mchu 
zamyka się nad nim bez śladu. Tylko 
uchwycenie się w ostatniej chwili  
jakiejś łozy lub mocniejszej kępy mchu 
może mu uratować życie. Utonięcie 
na lunie zdarza się jednak bardzo 
rzadko. Po pierwsze dlatego, że cl, co 
mają odwagę chodzić po łunie, umieją 
po nim chodzić, tak jak umie po lunie 
chodzić łoś, zwierzę wielekroć cięższe 
od człowieka, które jednak nie tylko 
nie tonie, lecz nawet nie zapada w 
miejscach, w których zapada i tonie 
np. pies. Po drugie — nie cały lun 
jest niebezpieczny, lecz tylko t. zw. 
"okna" w nim, które łatwo poznać, bo 
są porosłe ładną, ponętnie  
wyglądającą i-jakby strzyżoną trawką. 
Jezioro Dzisna ma pewną  
osobliwość, a mianowicie wyspę, która—nie 
jest wyspą. Jest to kilkaset hektarów 
ziemi uprawnej liczący półwysep, na 
którym położona jest wioska.  
Ponieważ półwysep łączy się ze "stałym" 
lądem dość wąskim i bagnistym  
pasem, przeto ludność miejscowa — od 
wiosny aż do późnej jesieni t.j. do 
czasu, gdy bagno zamarznie,  
komunikuje się z półwyspem tylko za pomocą 
łódek. Stąd nazwa "wyspa". A trzeba 
wiedzieć,- że autochtoni są do tej  
nazwy bardzo przywiązani i nieoględny 
przybysz miałby w nich wrogów,  
gdyby zdradził cień przypuszczenia, że 
wyspa nie jest wyspą . . . 
Wysiadamy na stacji Dukszty.  
Między stacją (1 miasteczkiem) a dworem 
Dukszty roztacza się piękne, 4 kilom, 
długości jezioro Perswieta, Dwór 
Dukszty, stoi na wyniosłem wzgórzu i 
panuje nad dwoma jeziorami : 
| wspomnianą Pei-swietą i Perswitajte. 
Dwór jest okazałym domem,  
murowanym i pobielonym, z typowym  
gankiem z kolumnadą 1 z półpiętrem o 
"klasycznym" daszku frontowym nad 
balkonem. Setki takich domów  
rozsiane są po szerokiej ziemi litewskiej. 
Dwór Dukszty, gniazdo starożytnej 
rodziny Duslacklch-Rudomlnów,  
przeszedł później w drodze wiana do  
rodzin Biegańskich i Dowgiałłów, a w 
końcu, również w drodze wiana do 
Zanów. Piękny park ciągnie się  
półkolem na stromych zboczach i  
szczycie północnego, górzystego brzegu 
Perswiety i kończy się po stronie  
zachodniej monolitem góry Pelikalnls, 
co znaczy po litewsku-góra sypana. 
Góra Pelikalnls jest więc dziełem rąk 
ludzkich i powstała w zamierzchłych 
czasach Litwy pogańskiej — może w 
celach obronnyclj, może w celach  
jakiegoś kultu. Wiekowe brzozy,  
płaczące na zboczach i szczycie góry, 
czynią wrażenie jakiegoś "świętego 
gaju" i szumem swym szepcą legendę 
o zamarłych misterjach pogańskich. 
Tak, czy inaczej dużo takich "pelikal- 
nlsów" ujrzymy na obszarze dawnej 
Litwy . . . Do parku przytyka  
starożytny kościółek drewniany z plebanją. 
fundowany ongiś przez Hudominów. 
Dlaczego tak się rozwodzę nad  
opisem dworu duksztańskiego ? Po  
pierwsze dlatego, że dwór Dukszty,  
zarówno ze względu na malowniczość 
położenia, jak i ze względu na pewne 
cechy charakterystyczne (kościół, 
świronek etc), jest typowym wzorem 
dworu polskiego na obszarze  
pojezierza litewskiego. Po drugie dlatego, 
że nazwisko obecnych jego właścicieli 
— Zanów wywodzi się w linji  
najprostszej z legendy filareckiej.  
Legenda ta nie była za naszych czasów 
przebrzmiałym dźwiękiem: ostatnia 
właścicielka Dukszt ś. p. Teresa z 
Dowgiałłów Zanowa, bohaterka dwóch 
okresów walk o niepodległość (P.O. 
W. Kowno w latach 1918-1923 i armji 
podziemnej w wojnie ostatniej),  
odznaczona Krzyżem Virtuti Militarl za 
czyny bojowe, pracowała, mimo  
podeszłego wieku, jako kurjerka Armji 
Krajowej i zakończyła żywot  
śmiercią męczeńską w roku 1944 w obozie 
koncentracyjnym w RavensbrQck. Po 
trzecie wreszcie — Dukszty leżą tuż 
przy granicy Litwy kowieńskiej na 
obszarze dawnego powiatu jezioro- 
skiego . . . 
A kto nie pamięta "kochanego  
powiatu jezioroskiego" z prześlicznych 
stronic Sobola 1 Panny ? W  
położonych niemal o miedzę, choć już po 
tamtej stronie granicy Jużyntach  
spędził dzieciństwo i pierwszą młodość 
Józef Weyssenhoff. Jnżynty, tak jak 
Dukszty, leżą nad jeziorem. Tem  
samem więc powietrzem oddychał 
Weyssenhoff, te same urocze widoki 
oglądał, z takiego samego dworu  
wyruszał na pardwy do dalekich msza- 
rów Szepety ... Tu wzruszał się,  
tęsknił i kochał ... Tu polował . . . 
Wije się poprzez zaczarowane  
stronice słodki jak bajka — cykl  
myśliwski : i strzał z pod wyżła na rojstach 
do "mszarów dygnitarza" —  
potężnego głuszcza-leniaka; i wyprawa na 
pardwy do odległej, legendarnej  
Szepety; i polowanie "kazionne" na nie- 
wyrośnięte szczenięta wilcze ; i — 
wreszcie — jak chorał końcowy: las 
w purpurze i złotogłowiu jesiennym, 
dojeżdźacz Wejsz na gniadym  
hunterze i granie ogarów ... A co, panie 
Rajecki, czy ci w głowie miłostki i 
górne tęsknoty ? A mówiłem:  
wszystko w nas zgaśnie, przeminie -— 
ostatnia zabrzmi moja gra łowiecka!.. 
I Pofalowanym pejzażem ciągną się 
l bdry i suche "dyrwany" wrzosowe od 
| Dukszt w kierunku północnym do 
Smołw, wzdłuż granicy z Litwą ko- 
[wieńską. Pola i pólka, wśród lasów, 
zielone doliny, cieniste 1 wilgotne  
wąwozy, rojsty wszelkiego rodzaju: od 
trzęsącego się 1 zdradliwego •" lunu " 
do suchych zarośli wzdłuż miedz i 
rowów polnych. Klomby dworów 1 
dworków. Sadami spowite, nieraz "po 
górsku" do stromych zboczy  
przylepione chaty wiejskie. Na rozstajach 
di-óg — rzeźbione w di-zewie,  
arcydzieła nieznanych mlstrzów-Bamo- 
uków — krzyże litewskie. A co parę 
kilometrów, w sposób zgoła dla oka 
nieoczekiwany (co podobno jest 
jednym z sekretów malownlczości) 
zjawia się wśród pagórków  
"malowanych zbożem rozmaitem" lub z za 
zakrętu ścieżki leśnej—jezioro.  
Większe lub mniejsze. Czasem roztacza 
swe zwierciadło błękitne na  
przestrzeni kilku lub kilkunastu kilometrów 
kwadratowych, odbijając w swej  
czystej toni "codzienne . . . białe  
chmurki" litewskie. Czasem jest zgoła  
maleńkie — kilkanaście kroków wszerz 
i wzdłuż zaledwie — "trawą zadosłe 
napoły", tające bwą toń ciemno-zielo- 
ną w gęstwach podszytego boru. 
Piękne jest jezioro Berżona. Jak 
Świteź, niby wielka czara — okrągłe 
i jak Świteź ze wszystkich stron  
lasem otoczone. Piękniejsze nawet  
może od świtezi, bo niema nad nim ani 
zgiełku turystów, ani wrzawy  
kąpiących się. Myśliwy tylko lub rybak 
zjawiają się nad Berżoną. 
Niedaleko od Berżony leży w borze 
jeziorko niewielkie, będące rajem dla 
amatorów połowu raków. Dużo jest 
sposobów "rakobrania", lecz sposób 
stosowany w okolicach Dukszt jest 
cłryba najbardziej wydajny i —  
sportowy. W ciepłą noc bezksiężycową 
(może to pizesąd lokalny, lecz  
podobno najlepiej smakują w miesiącach, 
mających literę "r" w swej nazwie) 
wybiera się towarzystwo wozami  
drabiniastymi na raki. W pobliżu jeziora 
na niewielkiej polance wśród sosen 
płonie ognisko. Panie, nie biorące 
udziału w połowie, gotują leśną  
kolację. A łowcy, panie i panowie, boso, 
w strojach kąpielowych lub w inny 
sposób rozebrani, brodzą po kolana w 
wodzie wzdłuż brzegów jeziora i  
rękami wyciągają raki z pieczar muli- 
stych pod krawędzią brzegu. "Siły  
pomocnicze" trzymają na długich  
żerdziach kagańce płonących smolaków 
dla oświetlenia terenu łwów.  
"Polowanie" wymaga zarówno zręczności, jak 
i determinacji. Nieraz nowicjusz boi 
się ślepego błądzenia dłonią w  
czarnym mule. Nieraz rak wymknie się 1 
jak pająkowaty cień w mlgotliwem 
świetle łuczywa zniknie w czarnej 
głębi. Nieraz łowiec mniej zręczny 
wrzaśnie z bólu cięty w palce ostreml 
nożycami raka ... A po skończonych 
łowach towarzystwo gromadzi się 
przy ognisku 1, posilając się herbatą 
i wędlinami litewskiemi, liczy trofea i 
w ożywionej gawędzie raz jeszcze 
przeżywa emocje rakobrania. Ognisko 
trzaska, oświetlając złote, jakby przy- 
kopcone od dołu kolumny sosen. 
Pachnie żywicą i dymem żywicznym. 
Krążą "stopki" wódki. Brzmią  
śmiechy, żarty i "przygaduszkl" ironiczno- 
dobroduszne. W pieszczocie ciepłej 
nocy letniej rakobranie jest jakby 
rapsodem karnawału — "season"  
litewskiego : z szeptanego flirtu i  
przelotnych uścisków rodzą się i kojarzą 
związki. Ludzie, nastrojeni  
romantycznie, powiadają, że te nocne  
rakobrania mają w sobie coś z misterjów 
pogańskich — niby ogniska  
świętojańskie lub "Dziady" zaduszne. 
O stajanie od Berżony biegnie  
droga : Dukszty — Smołwy. Droga ta, 
ongiś ruchliwa i ożywiona, zamarła 
w okresie stanu "ani wojny, ani  
pokoju" pomiędzy Polską a Litwą  
Kowieńską. Zrzadka tylko po  
zarastającym trawą lub nawet małeml  
brzózkami szlaku zatnrkocze "linijka", 
wioząca myśliwych lub żołnierzy  
Korpusu Ochrony Pogranicza. A jest to 
chyba jedna z najpiękniejszych i  
najbardziej "typowych" dróg litewskich. 
Z jednej strony—ściana starego lasu. 
z drugiej — szpaler brzóz plączących. 
Aleja, sadzona ręką Boga, i dlatego 
niewymownie piękna. Aleja gubi się 
później na pofalowanej płaszczyźnie 
obszernych "dyrwanów". Dyrwany 
te, które porównać można z terenami 
Szkocji, gdzie się poluje na grouse'y, 
były w latach ostatnich zasiewane, 
dla celów użyźnienia, łubinem.  
Przepięknie wyglądają duksztańskle  
dyrwany na wiosnę, gdy łubin kwitnie 
żółtem kwieciem. Ale jeszcze piękniej 
prezentują się póżnem latem i  
wczesną jesienią, gdy kwitną na nich 
wrzosy — liljowe 1 białe. 
Po kilku kilometrach jazdy  
zaciszną drogą leśną wyjeżdżamy na  
wzgórze. To wieś i strażnica Korpusu. 
Ochrony Pogranicza — Gajlutyszki. 
Wzrok nasz, nawykły w ciągu długich 
godzin do oglądania ciemnych głębin 
leśnych, jest poproś tu olśniony plein- 
airem wspaniałego widoku. Od stóp 
wzgórza, na którem stoimy, aż hen, 
do mglistych zarysów zachodniego 
widnokręgu lśni lustro szafirowe  
olbrzymiego jeziora. To jeziro święte, po 
litewsku: Szwinta. 
Granica między Rzeczypospolitą 
Polską a Litwą Kowieńską oddała 
Kownu całą wodną powierzchnię 
jeziora, pozostawiając po stronie  
polskiej niedługi, niespełna kilometr 
Uczący skrawek brzegu. Gdy tak  
stoimy na gajlutyskiem wzgórzu,  
wpatrzeni w toń świętego jeziora, ogarnia 
nas mieszanina sprzecznych myśli i 
nastrojów. Rozmyślamy o tem, że 
jezioro jest bardzo piękne, jak bywa 
tylko piękny twór przyrody,  
nieskalany "ulepszającem" dotknięciem  
cywilizacji ludzkiej. Rozmyślamy, że  
jezioro jest' bardzo swojskie, a  
jednocześnie przekleństwem swarliwej, 
krótkowzrocznej 1 małostkowej  
natury człowieczej — obce, może nawet 
Odlot dzikich gęsi 
Hiszpanie nie mieli szczęścia do 
Irlandji. Wylądowawszy na niej po 
raz drugi w roku 1601 w lipcu,  
podczas nowego powstania, które płonęło 
na północy, uczynili dość wyraźny 
błąd, wyładowując się na południu.. 
Oczywiście w swym odosobnieniu  
zostali przez Anglików otoczeni w  
miejscowości Klnsale 1 nie tylko  
Irlandczykom nie pomagając jeszcze ich 
klęskę przyspieszyli. 0'Neill bowiem, 
tym razem walczący po stronie  
irlandzkiej i nawet przewodzący nią,  
pomaszerował z północy na ryzykowną 
odsiecz i został pobity. 0'Neill, mimo 
klęski poddał się dopiero w marcu w 
1603 roku. Nikt go za nic nie sądził, 
do roku 1607 mieszkał sobie w Irlandii, 
potem wyjechał do Rzymu gdzie 
zmarł śmiercią naturalna w 1616 
roku. Coż to były za kulturalne  
czasy ! Po tym powstaniu co prawda, 
Anglicy skolonizowali Ulster. 
Za panowania Stuartów Irlandia 
miała trochę wytchnienia. Może 
wdzięczna za to powstała w roku 1641 
w obronie króla, choć król ten był 
Anglikiem. Tym razem Irlandczycy 
walczyli z hasłem: "Pro Deo, pro 
Regę, pro Patria Hibernia unanimls" 
na ustach. Ale co Btać się mogło gdy 
pech Stuartów połączył się z pechem 
powstańców irlandzkich ? Oto mógł 
się stać tylko Cromwell, który jest 
dla Irlandczyka superlatywem  
każdego zła. 
Po ostatecznym więc opanowaniu 
Irlandii Cromwell wydał sławne  
rozporządzenie, że wszyscy katolicy  
irlandzcy którzy nie mogą udowodnić, 
że trzymali się zdała od powstania i 
którzy posiadają majątek  
przynoszący dochód większy od Ł10 rocznie  
muszą do września 1653 przenieść się na 
zachód po przez rzekę Shannon do 
ubogiej prowincji Connaught. Od tego 
czasu przyswoiło się w Irlandii  
powiedzenie : "Do piekła lub do  
Connaught". 
Myliłby się ten jednak ktoby  
przypuszcza), że jedynym wynikiem  
irlandzkich powstań były represje i  
kolonizacje. Prawie wszyscy historycy 
zgadzają się, że gdyby nie wojny w 
Irlandii za Tudorów, to Anglia  
byłaby napewno w tych czasach pomogła 
Hugenotom we Francji, a wtedy his- 
torja świata mogłaby być zmieniona. 
Po raz drugi w obronie Stuartów 
powstała Irlanda w 1685 roku. Tym 
razem, równie nieskutecznie, broniąc 
syna ściętego ojca. Choć Jakób II 
nie stracił swej głowy Irlandczycy 
stracili jeszcze więcej jak po  
nieudanej obronie Karola. Stali się narodem 
niewolników na 100 lat. Datą  
zasadniczą w tym powstaniu i w ogóle datą 
zasadniczą w irlandzkiej historii jest 
rok 1690 ty, kiedy to pierwszego lipca 
rozegrała się doniosła bitwa nad  
rzeką Boyne. Wilhelm Orański, jeden z 
niewielu szczęśliwych dowódców  
unikających skrzętnie rozlewu krwi.  
odniósł zdecydowane zwycięstwo. W  
roku l(i!)l nastąpiło oblężenie limeiick 
przerwane traktatem tej nazwy, na 
mocy którego pozostałości armi  
irlandzkiej uzyskały prawo wycofania się 
do Francji. Kampania Irlandzka nie 
była łatwa do rozegrania i to nie  
tylko z powodu bitności Irlandczyków. 
Oto Wilhelm zapuszczając się w głąb 
nieprzyjaznej wyspy zbyt daleko za 
sobą pozostawiał Holandję, musiał się 
i z tej więc strony zabezpieczyć.  
Doskonały historyk, Lord Acton,  
opowiada o holenderskim generale, który  
został wysłany przez Wilhelma do  
Rzymu do Inocentego XI, by trudne do 
uzyskania poparcie Papieża w sprawie 
tej otrzymać. 
Traktat Limericki zawierał ze stro- 
wrogie. .Na toni jeziornej, o niespełna 
kilometr od nas płynie łódka. Nie jest 
to jednak łódź rybacza lub myśliwska, 
lecz łódź "pograniczników" litewskich, 
którzy strzegą, by nikt z naszego 
brzegu nie śmiał "naruszyć"  
roześmianego w słońcu terytorjum  
wodnego ... W czystem powietrzu rysują 
się po tamtej stronie niebiesko-zielone 
wzgórza i ciemno-zielone lasy: dla 
nas jednak tamten brzeg jest  
niedostępny, zakazany . . . Więc ogarnia 
nas złość na tych tępych strażników, 
strzegących jeziora ! Ale w sekundę 
później przychodzi refleksja: czy 
sami nie jesteśmy bez winy ? czy w 
tej kłótni rodzinnej, w której  
jesteśmy starszymi, silniejszymi i — co tu 
gadać — rozumniejszymi, nie  
zaniedbaliśmy czegokolwiek — jakiegoś,  
powiedzmy ustępstwa, lub nawet wprost 
gestu ? czy sami nie przyczyniliśmy 
się trochę do tego, że oto na naszych 
oczach legenda jagiellońska kruszeje 1 
rozwiewa się ? . . . 
Jeszcze dalej na północ  
leżą—miasteczko i jezioro Smołwy.. Jezioro 
Smołwy jest urocze, lecz innym  
urokiem, niż jezioro święte. Jest  
znacznie mniejsze i nie olśniewa  
przepychem otwartej przestrzeni wodnej. 
Zato jest bardziej malownicze: toń 
jego przecinają podłużne wyspy i  
półwyspy — niby mierzeje. Na wyspach 
tych i mierzejach rosną stare drzewa, 
zaś drzewa roją się od gniazd czap- 
lich. Czaple gnieżdżą się nad  
jeziorem smołweńskiem całemi kolonjami. 
Oglądamy setki tych pięknych siwych 
ptaków — flamingów północy — jak 
nieruchomo, jakby dumając, siedzą na 
szczytach drzew. Białe chmurki,  
zielone drzewa, siwe czaple przeglądają 
się w Cichem lustrze jeziora. Pięknie 
jest . . . 
Michał K. Paiolikowski. 
ny Irlandzkiej Sarsfleld Earl 0f 
Luckan. Podają, że trzy dni po  
zakończeniu układów przybyły do  
Irlandczyków poważne posiłki francuzkie 
Sarsfield jednak, mimo tej zmiany  
sytuacji, uprzednio danego słowa  
dotrzymał. Co byłaby za niespodzianka 
gdyby w dzisiejszych czasach ktoś 
tak uczciwie postąpił. Brat Earl of 
Luckan był szwagrem księcia Mon- 
mouth, syna Karola n, a wdowa p0 
Earlu wyszła za księcia Berwick syna 
Jakóba II i Arabelli siostry słynn-ago 
księcia Marlborough). Oblężenie 
Limericku nie było ostatnim  
spotkaniem Sarsflelda z "Orańczykiem". 
Szpady Ich miały się jeszcze  
skrzyżować w bitwie pod Landen, gdzie Earl 
dowodząc Brygadą Irlandzką v;  
służbie Francuzkiej poległ, a Wilhelm, jak 
wiadomo, został zmuszony do  
odwrotu. 
Warunki pokoju Limerickiego były 
dla Irlandii stosunkowo korzystne. 
Czytaliśmy jak Irlandczycy z  
zobowiązań raz powziętych, mimo zmiany 
sytuacji strategicznej, nie chcieli się 
już wycofać. Niestety nie można  
powiedzieć tego o Anglikach, którzy  
mimo wysiłków prostolinijnego  
Wilhelma, układ Limericki najzupełniej  
złamali, gdy tylko zdołali Irlandię  
całkowicie opanować. Osiemnasty wiek 
to dla Irlandczyków coś w rodzaju 
legendarnej "Egipslclej Niewoli" dla 
Żydów. To wiek poniżenia  
wszystkiego co irlandzkie, to wiek cierpień i 
bólu, w którym prawdziwy naród 
Irlandzki dopiero się jednak ulepił i 
stał świadomy siebie. 
W historii każdego narodu jest 
chwila, w której coś się wewnątrz 
przeradza, oczyszcza i wyłania.  
Przychodzi chwiła kiedy mężny rycerz  
wędrowny, czy awanturniczy szlachcic 
staje się narodowym bohaterem,  
kiedy możny przewódca szczepu, czy  
jakiejś wielkiej rodziny staje się mężem 
stanu i kiedy matka, może nie  
wiedząc, że czyni to po raz pierwszy,  
zawiesza nad łóżkiem dziecka, obok 
świętego 1 patrjotyczny obrazek. 
Przychodzi chwila kiedy 1 w domach 
ubogich, w wiejskich chatach,  
zaczynają szeptać słowo : ojczyzna Wtedy 
dopiero naród jest naprawdę, i już 
przepadło, w brew wszystkim p-ze- 
clwnościom żyć będzie. Irlandja  
dzisiejsza powstawać zaczęła w wieku 
osiemnastym, początek swój wzięła w 
krwi wspólnie uciskanych ludzi i w 
popiołach domostw spalonych  
jednakim wyrokiem. 
Tak zwane "Pena] Laws" czy "roz- 
porządenia karne", do dziś dnia  
napełniają Irlandczyków goryczą. Zostały 
one nałożone, 1 wciąż uzupełniane, 
między 1696 a 1746 rokiem. Katolik 
więc nie mógł zasiadać w  
parlamencie (ani też jako widz na galerjil, nie 
mógł głosować, płacił podwójne  
podatki, nie mógł posiadać broni palnej. 
nie wolno mu było dzierżawić ziemi 
dłużej jak przez 31 lat, nie mógł  
sprawować urzędowych funkcji, nie mógł 
służyć w wojsku (to bym jeszcze 
znlósli. nie mógł też założyć szkoły, 
ani posiadać konia wartego ponad £5. 
i Jeżeli takiego jednak przypadkowo 
posiadał każdy protestant mógł go  
odkupić za cenę £5). Księża i  
zakonnicy byli deportowani ltd. "Całą  
sytuację", jak pisze jeden historyk  
irlandzki, "doskonale naświetlił sędzia 
:Łngielskl, który w roku 1759  
oświadczył z trybuny, że prawo wcale nie 
bierze pod uwagę i nigdzie nie jest 
powiedziane, czy 'Papistom' wolno w 
Irlandii oddychać." 
Odbywały się też i liczne konfiskaty 
ziemi, tak że gdy później trzeba było 
nowe granice wytyczać, bo starych 
nikt już odnaleźć na zwichrzonych 
wertepach nie potrafił, napotkano 
przy podziale tej ziemi, zielskiem  
porosłe, dawno nie uprawnej, na niejedną 
U-udność. Opowiada nam Lord Leslie 
w swych wspomnieniach jak dwie  
rodziny z tej trudności wybrnęły  
prawdziwie irlandzkim pomysłem. Oto  
zgodzono się, że dwie najstarsze damy 
obu rodów udadzą się piechotą i  
drogą najkrótszą do swych wzajemnych 
siedzib. Tam gdzie się spotkają  
będzie granica majątków. (Możemy  
sobie wyobrazić jak obie starsze panie 
musiały pędzić). 
Nie wszyscy jednak Irlandczycy 
znosili mrok niewoli 1 upokorzenia 
stuletniego ucisku. Zaraz bowiem po 
pokoju Iimerickim około 12,000 ludzi, 
bliżej związanych z zakończoną  
wojną opuściło wyspę. Drogi ich  
przeważnie wiodły do armji francuskiej w 
służbę Ludwika XIV. W ten właśnie 
sposób opuściła swą ojczyznę prawio 
cała rodzima arystokracja irlandzka. 
Ten nagły zryw, do odlotu ptaków  
podobny, ochrzczono na wsi irlandzkiej 
mianem "odlotu dzikich gęsi".  
Później, gdy wciąż łaknącą posiłków, 
wciąż strzępioną, " Brygadę  
Irlandzką" uzupełniali coraz to nowi synowie 
Irlandii, starzy ludzie, ci co pozostali, 
spoglądali tęskno w niebo. Do dziś 
się zachowała legenda, że gęsi  
melancholijnie wędrujące nad mroczną  
irlandzką wyspą, napełniające dwa razy 
do roku swą górną skargą irlandzkie 
niebo, to są wędrowni żołnierze  
Irlandii, zabici w boju i swych dawnych 
domów szukający. W legendzie tej 
jest cała dusza Irlandczyka i może 
trzeba było choć urywki  
przebrzmiałych dziejów przytoczyć by i barwę 
tej legendy i charakter człowieka, 
który w nią wierzył, zrozumieć. 
Historia jest nie tylko matką, ale i 
wychowawczynią narodu. 
Jan Badem',. 
Printed by The Unlque Printers, Ltd., 11, New Road. E.l. 
Publlahed by J. Godlewski. 2. Wllton Terrace. S.W.l
		

/095_0001_1.djvu

			LWÓW 1 WfLNo 
powodzenia, nastąpiła nieudana  
operacja na Moskwę. Za półtora miesiąca, 
pierwsza w tej wojnie przegrana  
bitwa pod Rostowem nad Donem w  
grudniu 1941 (zdaje się 12-go). 
BBC miało rację wyśmiewać się z 
Hitlera. Tylko bowiem kompletna 
ignoracja, abo obłęd mogą  
doprowadzić wodza, odpowiedzialnego za  
operację miljonowych armi.j to tak  
fantastycznej oceny sytuacyjnej na  
froncie. 
Nie wnikając w bliższą analizę  
osobowości Adolfa Hitlera, bez błędu 
chyba wypadnie definicja, że kryterja 
jego decyzji przesuwały się coraz  
bardziej w dziedzinę szaleńczych wizji i 
nierealnych złudzeń. I rzecz oczywista 
musiało mu się zdawać, że zdeptana 
godność osobista jednostki ludzkiej uie 
może mieć żadnego, ale to absolutnie 
żadnego znaczenia w tym, przezeń wy- 
koncypowanym rachunku. 
JM. 
"ŚWIT, DZBEŃ I NOC" 
NICCODEMBEGO W " BIAŁYM 
ORLE" 
Oto typowy przykład dwojga  
doskonałych aktorów obdarzonych  
możliwie nieodpowiednią sztuką. 
Pani Andrzejewska należy do teatru 
Zapolskiej: interpretacja  
realistyczna, osiąganie maximum napięcia  
dramatycznego wszystko jedno jak,  
krzykiem, szeptem, milczeniem, każdy :". 
tych chwytów jest w jej wykonaniu 
— chwytem niezawodnym. Wojtecki 
należy do teatru Oskara Wilde'a. Byl 
niezrównanym w Polsce odtwórcą roli 
idealnego Anglika, to znaczy takiego, 
który na świat odrazu przyszedł z 
nieposzlakowaneml manjerami. Który 
formę ceni bardziej niż treść i mnie 
ma — nie ręczę czy słusznie — że 
opanowywanie odruchów jest  
ważniejsze niż talent, inteligencja, ba,  
nawet genjusz. Dlatego też jest  
zawsze w dobrym humorze, beztroski i 
trochę drwiący. Ma dobrze  
odprasowane spodnie, kompleks wyższości i 
jest banalny z wdziękiem. 
Dzięki tym zaletom Wojtecki byl 
najlepszy w pierwszym akcie, kiedy 
musi być właśnie tym beztroskim  
intruzem, pewnym siebie i żartobliwym. 
Zato Andrzejewska była w nim  
najgorsza. Wdarła się na scenę przyakom- 
panjamencie zbyt gwałtownie  
szarpanej furtki, a potem nagle zamarła i 
ledwo suwała po scenie jak śnięta, 
mechanicznym ruchem ściągając szal 
pod brodą. 
W drugim akcie Andrzejewska się 
ożywia: każdy cień możliwości  
wydobycia akcentu dramatycznego  
momentalnie ją pobudza i dopinguje, 
wydaje się, że i sobie i jemu za chwilę 
złamie serce. Jest prawie że już w 
swoim żywiole. Niestety, sztuka na 
to nie pozwala. 
Wojtecki w drugim akcie taki sam 
jak w pierwszym. 
W trzecim są tacy sami jak w 
drugim, plus że oboje szarżują. Sa 
tak pewni swego zwycięstwa, że  
zaczynają swoją miłość poklepywać' 
protekcjonalnie po ramieniu,  
lekceważą ją, mówią do niej per pogardliwe 
ty. I kończą akcentem parodji,  
niemal groteski. Dlaczego ? ! 
Zbyt wyraźne akcentowanie słów 
zmusiło widzów do pilnego śledzenkt 
treści, tak jakgdyby ta treść mlah' 
jakiekolwiek znaczenie. Tymczasem 
sztuka ma żyć wyłącznie nastrojem. 
Wyobrażamy sobie genjalną parę 
mimików (żeby tylko wspomnieć "Les 
enfants de Paradis"), którzy napewno 
zagraliby "świt, dzień i noc" nie  
posługując się zupełnie słowami, a tylko 
gestem ramion, spojrzeniem,  
wyciągnięciem ręki. W tej sztuce można nie 
mówić, a]e trzeba czuć. I mylnie  
uważa Wojtecki, że pojedynek, ten na 
scenie, jest objektem godnym  
lekceważenia. Tamten pojedynek za sceną 
jest moża zabawny, ten na scenie jest 
bardzo poważny. Ludzie ci się zama- 
ło znają, żeby móc polegać na sobie 
1 każde z nich z najwyższym  
niepokojem powinno śledzić reakcje  
drugiego : czy tamten rozumie moją gre, 
czy gra na poziomie, czy nie skrewi ? 
Jakże wymowny jest ten okrzyk 
Andrzejewskiej pełen niepokoju ; o  
głupi, głupi! kiedy wydaje się jej przez 
chwilę, że partner gry o miłość  
pomylił się, utracił wątek, zaplątał nici. 
Przecież przez całe trzy akty jest w 
nich ta niepewność, to chodzenie po 
linie nad przepaścią. Każde z nich wie 
że jeden fałszywy krok wystarczy. I 
dopiero przy samym koóeu  
opanowuje ich uczucie radosnego tryumfu: 
mogą wtedy śmiać się i żartować  
beztrosko, ale f 'ego uczucia nie  
lekceważą. DZA. 
LISTOPAD 
ZA LAT DWADZIEŚCIA 
Październik . . . Niemasz piękniej 
szych dni —• i tam u nas w krainie 
drżącej światłem oddalenia i ukocha 
nia — i tu, w tej Anglii. 
Jeszcze dnie rozpalają się powoli, 
jeszcze lśni w nich przezroczystość i 
spokój, jeszcze płynie przez nie cisza, 
zamyślenie, jeszcze czujesz w ich  
błękitnym, bladym spojrzeniu słodycz, 
która wstępuje do serca, jakby to ona 
jedna była władczynią i treścią życia. 
. . Słodycz uciekającej chwili. 
Jutro nie to. Jutro szara mgła 
Jutro chłód. Jutro wytężony krok i 
załamane ręce. Wczoraj, to bolesne, 
straszne, okaleczałe " wczoraj " ginie 
gdzieś w rdzawych mgłach. Jesień ma 
swoje ciche ukołysania, ma swój czar 
odwiecznej łaskawości. 
A gdy przyjdzie listopad . . . Gdy 
nie zostanie nic, prócz tej umęczonej 
drogi, prócz ziemi zoranej, próci- 
udeptanych rżysk i wygonów, gdy  
pochyli się ostatni złamany, wynę- 
( znlały kwiatek nad kępką  
umierającej trawy i wyszczerzą się martwe 
pól zamarzłe kałuże, gdy zmętnieją, 
zrudzleją zatopione łąki, gdy prze:: 
świat górą pobiegną rude chmury, a 
wiatr uderzy ci w pierś i zasnuje ler, 
deszczowych firanką złoto ostatnich 
brzóz 1 burą chustę starej gruszy, gdy 
wyjrzeć w świat — to wyjrzeć w 
zwycięstwo i panowanie bezlitosnej i 
niezrozumiałej zagłady, wtedy skost 
nialy z zimna, brnąc przez półzama 
rzłą grudę, łamiąc trzaskające  
rozlewiska, ślizgając się w błocie, idzies:-. 
gdzieś w ciemność dnia — do tego sa 
mego starego sadu, do tych samych 
drzew ciemnych, do tych liści zmur 
szarych szmeru, aż pod ściany  
przemokłe, aż do głębi rodzimego, twego 
domu. 
Ten dom, jest on — czy go nie ma, 
to wieczna ucieczka twoja. U jego 
ścian, u jego ogniska, usiądziesz  
zawsze, świat uciekł, zamarł, zamknął 
się w swoich tajemnicach i swoją  
nową gotuje w duszy przyszłość. 
Ty też. Nieszczęścia i zgony mają 
swoją logikę 1 swoje przeznaczenie. 
Przez nie idzie pochylony czas. A 
obok niego płynie rzeka życia. Dziś 
ściemniała, czarna, jutro martwa, 
skuta w lody, skamieniała. Lecz pod 
nią płynie nurt wieczysty. 
Jest czas rozkwitu, jest czas  
prężenia ramion, jest czas pocałunków, 
jest czas rozkoszy. 
Jest czas, kiedy się wnosi mury 
miast. Jest czas gdy się je burzy. 
Jest czas na pracę i jest czas na 
marzenia. 
Lecz nigdy, przenigdy niema, nie 
może być chwil i godzin, nawet  
momentów na rozpacze i zapomnienia. 
Wplecenl jesteśmy w kolo  
wiecznych istnień, nie wolno nam myśleć"' 
inaczej. 
Oto listopadowe czasy. Listopad w 
naszym narodzie to emblemat  
nieszczęśliwych, przedwczesnych  
porywów, to przypomnienie tułających się 
po świecie ludzi i myśli, to walki  
bezpłodne i bezsławne, to wartość  
smutków łzawych, rozsnutych nadaremnie 
po gościńcach dusz pokoleń. 
Każda epoka ma swój wielki rytm. 
Historia to olbrzymia, coraz nowa 
symfonia. Któż odpowie na jakim 
largo, czy maestaso zatrzymała się 
ona. ? Stoimy w jej wielkim zaciszu. 
W zaciszu pustki zamkniętego aktu 
tragedii. Może tylko w zaciszu  
wielkiej, listopadowej ciszy świata. 
Jest czas na wielki odpoczynek 
świata. Jest czas na wielki spoczynek 
i rozwagę. Jest czas na największą, 
najbogatszą pracę. Jest czas na godzi, 
nę myśli. 
Ale w duszy narodu coś się  
nieustannie szamoce. Dramat przyrody, 
dramat świata, jego architektonlka, 
jego klasyczna budowa — to nie dla 
nas. Odpychamy nakazy chwili, nie i 
oglądamy się na kontury gór-olbrzy-' 
mów, czy chmur potężnych. Dla nas , 
jest dekalogiem odwieczny ruch, ruch I 
czynów, głód decyzji, pasja rozstrzyg-1 
nieć. I 
Dynamika polskiego czynu — to 
nasza chluba, ale tuż obok Idzie  
nieznana innym narodom dynamika  
naszych klęsk. 
I teraz ... I teraz w listopadowym 
zaciszu, gdy zginęło tyle, gdy stoimy 
nad mogiłami 1 u przepaści, 1 teraz, 
zamiast godziny myśli, którą nam 
daje łaskawa historia, sięgamy po 
rozwiązania, które albo są  
ekstremami rozpaczy, albo stawkami gracza, 
któremu pilno jest rozgrywać partię, 
tak czy owak, byle ją rozegrać. 
Nikt nas jeszcze w kark nie goni 
Nikt nam jeszcze zagadki Edypa 
.przed nos nie stawi. Mamy jeszcze 
to i owo. I tu i tam możemy budować, 
pracować, zbierać siły, obliczać je, 
bez hałasów i krzyków dźwigać ze 
sił własnych naszą przyszłość, która 
po wnikliwej rozwadze ani tak jest 
pogrzebana, ani tak jest beznadziejna, 
ani znów tak bliska 1 łatwa. 
Czas daje nam oparcie o rozwagę 1 
skupienia. Odtrącamy je. Stajemy 
sami codziennie oko w oko z  
rozstrzygnięciami naszego bytu. Nie pytani i 
nie n,agleni codziennie pośród siebie 
odbywamy wyścig dowcipu i  
wykład argumentów, dokąd mamy iść, z 
kim mamy iść, co komu oddać i kiedy 
Najdziwniejszym jest to, że chociaż 
ocean dziejów jest wzburzony, nikt 
jego wybuchów na świecie określić nie 
jest zdolny, a my już rzucamy się w 
wyobraźni w jego głębię. 
Najsmutniejszym jest to, że  
ukazujemy i tym i owym, co czynić chcemy, 
kogo zdradzać pragniemy i kogo 
nolens volens popierać, że obnażamy 
swe zamiary jak nieostrożna Zuzanna 
swe wdzięki, że gubimy się w  
pomysłach 1 łamiemy się w rozbieżnościach, 
że czas tracimy i rwiemy na kawałki 
myśli zamiast je oddać służbie  
narodu. 
A najstraszniejszym jest, że tuż 
nad grobem naszej niepodległości, 
rwiemy, dzielimy państwo polskie,  
obrywamy je jak płachtę, rzucamy, jak 
strzępy geograficznych map, naszym 
koncepcjom. 
Czynił to Churchill, mierząc polski 
kraj na angielskie palce, robił to 
Bidault, mówiąc o Polakach, jako o 
narodzie, który można przetaczać z 
zachodu na wschód 1 z powrotem w 
wagonach, jak bydło. 
Wolnoż to nam czynić ? Czyż nie 
jest czas na milczenie, wielkie  
milczenie wielkiego narodu polskiego w tym 
listopadzie naszych dziejów ? 
Zapomnienie, powiecie ? Jeśli do 
serc Polaków może się wtrącić  
zapomnienie i pochłonąć te ofiary, i mogiły 
krwawej niezastygłej przeszłości, 
tedy nie warto, nie warto myśleć o 
przyszłości. 
Nie. Naród dźwignie się jak  
drapieżny, krwawo-biały ptak, gdy 
przyjdzie pora po temu. 
Teraz nie pora myśleć o dzieleniu 
Polski 1 nie pora lizać łapy tych lub 
innych zwycięzców. 
Listopad PolBki, wielki listopad  
Narodu musi się stać glebą urodzajną 
dla przyszłej jego WIOSNY ! 
Zygmunt Jundzill. 
Szwajcaria litewska 
Na początku siedemnastego wieku 
w bitwie pod Białą Górą Czesi  
ponieśli ogromną klęskę. Zginął tam t.zw, 
kwiat młodzieży czeskiej. Naród pod- ] postawę ogólną, 
iósł się z upadku, ale jednak czegoś które stwarzają typ człowieka, z któ-1 
Piszę to wszystko nie z powodu 
wrodzonej niechęci do Czechów, ale 
dlatego że tamta klęska kojarzy ml 
się tak wyraźnie z obecną naszą  
klęską, że skutki Białej Góry mogą być 
proroctwem skutków powstania  
Warszawy. Czy to oznacza, że źle by się 
stało, gdybyśmy na przyszłość stali 
się w polityce ostrożniejsi i cynicz- 
niejsi ? gdyby młodzież polska  
przestać iść do lasów i spróbowała  
przeczekać, przetrwać ? Nie, to było by 
doskonale. Ale mnie chodzi o pewną 
cechy zasadnicze, 
mu po tej klęsce zabrakło. Odrodził 
się inny, tak zupełnie, djametralnie 
inny, jakby pod Białą Górą prócz  
tysięcy trupów spoczęły z niemi nazaw- 
sze pewne cechy narodowe,  
powiedziałbym : pewne jego najpiękniejsze 
cechy. Te same cechy, któremi się 
odznaczyła młodzież polska przy  
końcu obecnej wojny w powstaniu war- 
szawsklem. 
Od czasów Białej Góry Czesi  
zamienili wspaniały gest bohaterstwa 
na rozsądną kalkulację kupiecką, 
wartość słowa honoru zaczęła  
podlegać wpływom konjunkturalnym, a 
doskonała propaganda zasłoniła  
kolaborację L lansowała — Lidice. 
rycli wnioskując mówi się właśnie 
tak, ten człowiek musi być Polakiem. 
W Polsce na przyrost naturalny nie 
można narzekać. Jak grzyby po 
deszczu rosną małe Zosie i Marysie, 
Jasie i Kubusie nie troszcząc się co 
będzie jutro. I zastanawiam się tylko 
jakto bę-lzie za jakichś lat  
dwadzieścia, kiedy ten młody narybek będzie z 
dumą obchodzić swoje pełnolccle. Czy 
będą podobni, a raczej czy będą  
bardzo niepodobni do tych wszystkich 
małych Jurków 1 Zoś pogrzebanych w 
gruzach Warszawy. Czy nie odeszły, 
nie zginęły z nimi nazawsze pewne, 
nasze cechy narodowe. Te  
najpiękniejsze. E. 
... Za Podbrodziem pejzaż za  
oknami wagonu zmienia się. Ożywia się 
znużone dotychczasową monotonją 
oko podróżnego i odtąd już do końca 
podróży nie oderwie się od okna. Bo 
oto wjeżdżamy w krainę jezior, w 
słynną "Szwajcarję Litewską",  
ciągnącą się wzdłuż kolei pasem  
szerokim, hen, daleko poza granice Litwy i 
Łotwy. Pofalowana płaszczyzna  
zmienia się w pagórki i wzgórza porosłe 
lasem. Co chwila zjawia się, lśni na 
chwilę w słońcu i znika za ścianą  
nasypu lub za bukietem drzew —  
zwierciadło jeziora. Pociąg Idzie zbyt  
szybko, abyśmy zdążyli nasycić wzrok 
bogactwem tych mijających jak  
zjawy jezior 1 ocenić w pełni Ich piękno. 
Za stacją Ignalino zaczyna lśnić na 
horyzoncie wschodnim coś niby klinga 
srebrna — klinga ta będzie biec wraz 
z nami długo: miniemy stację 1  
miasteczko Duk3zty a jeszcze wciąż lśnić 
będzie, aż rozwieje się i zniknie  
dopiero wtedy, gdy się zbliżymy do  
granicy łotewskiej. To jezioro Dzlsna. 
Jezioro Dzisna, podobnie jak tysiąc 
Innych jezior 1 jeziorek litewskich, ma 
toń modrą, a brzegi wielce  
urozmaicone. Mamy więc krawędzie twarde, 
blałoplaszczyste, lizane łagodną  
pieszczotą fali, wymarzone plaże  
słodkowodne. Mamy brzegi zarośnięte  
lożami i szerokim pasem sitowia 1 trzcin, 
ostoje dzikich kaczek, perkozów.  
kurek wodnych 1 łysek. Mamy wreszcie 
brzegi oddzielone od sąsiednich  
mokrych łąk obszernym kobiercem  
zdradliwego "lunu". Lunem ludność  
miejscowa nazywa trzęsawisko czyli  
grubszą lub cieńszą warstwę mchu,  
kryjącą pod sobn rozcicńc~.one błoto lub  
nawet czystą wodę — nieraz bardzo 
głęboką. Jest 'więc lun formacją  
bardzo podobną do t.zw. mszaru, ale nie 
równoznaczną : "mszar" niekoniecznie 
powstaje obok jeziora lub w związku 
z jeziorem i najczęściej bywa zgolą 
niewinny; natomiast "lun" jest  
zawsze wynikiem zarastania mchem  
jeziora (łub, rzadziej, rzeki bagnistej), 
zawsze tai pod swą powłoką głębię 
wodną i przeto zawsze jest zdradliwy. 
Pod kim się przerwie lun, ten wpada 
"jak kamień w wodę" i kożuch mchu 
zamyka się nad nim bez śladu. Tylko 
uchwycenie się w ostatniej chwili  
jakiejś łozy lub mocniejszej kępy mchu 
może mu uratować życie. Utonięcie 
na lunie zdarza się jednak bardzo 
rzadko. Po pierwsze dlatego, że cl, co 
mają odwagę chodzić po łunie, umieją 
po nim chodzić, tak jak umie po lunie 
chodzić łoś, zwierzę wielekroć cięższe 
od człowieka, które jednak nie tylko 
nie tonie, lecz nawet nie zapada w 
miejscach, w których zapada i tonie 
np. pies. Po drugie — nie cały lun 
jest niebezpieczny, lecz tylko t. zw. 
"okna" w nim, które łatwo poznać, bo 
są porosłe ładną, ponętnie  
wyglądającą i-jakby strzyżoną trawką. 
Jezioro Dzisna ma pewną  
osobliwość, a mianowicie wyspę, która—nie 
jest wyspą. Jest to kilkaset hektarów 
ziemi uprawnej liczący półwysep, na 
którym położona jest wioska.  
Ponieważ półwysep łączy się ze "stałym" 
lądem dość wąskim i bagnistym  
pasem, przeto ludność miejscowa — od 
wiosny aż do późnej jesieni t.j. do 
czasu, gdy bagno zamarznie,  
komunikuje się z półwyspem tylko za pomocą 
łódek. Stąd nazwa "wyspa". A trzeba 
wiedzieć,- że autochtoni są do tej  
nazwy bardzo przywiązani i nieoględny 
przybysz miałby w nich wrogów,  
gdyby zdradził cień przypuszczenia, że 
wyspa nie jest wyspą . . . 
Wysiadamy na stacji Dukszty.  
Między stacją (1 miasteczkiem) a dworem 
Dukszty roztacza się piękne, 4 kilom, 
długości jezioro Perswieta, Dwór 
Dukszty, stoi na wyniosłem wzgórzu i 
panuje nad dwoma jeziorami : 
| wspomnianą Pei-swietą i Perswitajte. 
Dwór jest okazałym domem,  
murowanym i pobielonym, z typowym  
gankiem z kolumnadą 1 z półpiętrem o 
"klasycznym" daszku frontowym nad 
balkonem. Setki takich domów  
rozsiane są po szerokiej ziemi litewskiej. 
Dwór Dukszty, gniazdo starożytnej 
rodziny Duslacklch-Rudomlnów,  
przeszedł później w drodze wiana do  
rodzin Biegańskich i Dowgiałłów, a w 
końcu, również w drodze wiana do 
Zanów. Piękny park ciągnie się  
półkolem na stromych zboczach i  
szczycie północnego, górzystego brzegu 
Perswiety i kończy się po stronie  
zachodniej monolitem góry Pelikalnls, 
co znaczy po litewsku-góra sypana. 
Góra Pelikalnls jest więc dziełem rąk 
ludzkich i powstała w zamierzchłych 
czasach Litwy pogańskiej — może w 
celach obronnyclj, może w celach  
jakiegoś kultu. Wiekowe brzozy,  
płaczące na zboczach i szczycie góry, 
czynią wrażenie jakiegoś "świętego 
gaju" i szumem swym szepcą legendę 
o zamarłych misterjach pogańskich. 
Tak, czy inaczej dużo takich "pelikal- 
nlsów" ujrzymy na obszarze dawnej 
Litwy . . . Do parku przytyka  
starożytny kościółek drewniany z plebanją. 
fundowany ongiś przez Hudominów. 
Dlaczego tak się rozwodzę nad  
opisem dworu duksztańskiego ? Po  
pierwsze dlatego, że dwór Dukszty,  
zarówno ze względu na malowniczość 
położenia, jak i ze względu na pewne 
cechy charakterystyczne (kościół, 
świronek etc), jest typowym wzorem 
dworu polskiego na obszarze  
pojezierza litewskiego. Po drugie dlatego, 
że nazwisko obecnych jego właścicieli 
— Zanów wywodzi się w linji  
najprostszej z legendy filareckiej.  
Legenda ta nie była za naszych czasów 
przebrzmiałym dźwiękiem: ostatnia 
właścicielka Dukszt ś. p. Teresa z 
Dowgiałłów Zanowa, bohaterka dwóch 
okresów walk o niepodległość (P.O. 
W. Kowno w latach 1918-1923 i armji 
podziemnej w wojnie ostatniej),  
odznaczona Krzyżem Virtuti Militarl za 
czyny bojowe, pracowała, mimo  
podeszłego wieku, jako kurjerka Armji 
Krajowej i zakończyła żywot  
śmiercią męczeńską w roku 1944 w obozie 
koncentracyjnym w RavensbrQck. Po 
trzecie wreszcie — Dukszty leżą tuż 
przy granicy Litwy kowieńskiej na 
obszarze dawnego powiatu jezioro- 
skiego . . . 
A kto nie pamięta "kochanego  
powiatu jezioroskiego" z prześlicznych 
stronic Sobola 1 Panny ? W  
położonych niemal o miedzę, choć już po 
tamtej stronie granicy Jużyntach  
spędził dzieciństwo i pierwszą młodość 
Józef Weyssenhoff. Jnżynty, tak jak 
Dukszty, leżą nad jeziorem. Tem  
samem więc powietrzem oddychał 
Weyssenhoff, te same urocze widoki 
oglądał, z takiego samego dworu  
wyruszał na pardwy do dalekich msza- 
rów Szepety ... Tu wzruszał się,  
tęsknił i kochał ... Tu polował . . . 
Wije się poprzez zaczarowane  
stronice słodki jak bajka — cykl  
myśliwski : i strzał z pod wyżła na rojstach 
do "mszarów dygnitarza" —  
potężnego głuszcza-leniaka; i wyprawa na 
pardwy do odległej, legendarnej  
Szepety; i polowanie "kazionne" na nie- 
wyrośnięte szczenięta wilcze ; i — 
wreszcie — jak chorał końcowy: las 
w purpurze i złotogłowiu jesiennym, 
dojeżdźacz Wejsz na gniadym  
hunterze i granie ogarów ... A co, panie 
Rajecki, czy ci w głowie miłostki i 
górne tęsknoty ? A mówiłem:  
wszystko w nas zgaśnie, przeminie -— 
ostatnia zabrzmi moja gra łowiecka!.. 
I Pofalowanym pejzażem ciągną się 
l bdry i suche "dyrwany" wrzosowe od 
| Dukszt w kierunku północnym do 
Smołw, wzdłuż granicy z Litwą ko- 
[wieńską. Pola i pólka, wśród lasów, 
zielone doliny, cieniste 1 wilgotne  
wąwozy, rojsty wszelkiego rodzaju: od 
trzęsącego się 1 zdradliwego •" lunu " 
do suchych zarośli wzdłuż miedz i 
rowów polnych. Klomby dworów 1 
dworków. Sadami spowite, nieraz "po 
górsku" do stromych zboczy  
przylepione chaty wiejskie. Na rozstajach 
di-óg — rzeźbione w di-zewie,  
arcydzieła nieznanych mlstrzów-Bamo- 
uków — krzyże litewskie. A co parę 
kilometrów, w sposób zgoła dla oka 
nieoczekiwany (co podobno jest 
jednym z sekretów malownlczości) 
zjawia się wśród pagórków  
"malowanych zbożem rozmaitem" lub z za 
zakrętu ścieżki leśnej—jezioro.  
Większe lub mniejsze. Czasem roztacza 
swe zwierciadło błękitne na  
przestrzeni kilku lub kilkunastu kilometrów 
kwadratowych, odbijając w swej  
czystej toni "codzienne . . . białe  
chmurki" litewskie. Czasem jest zgoła  
maleńkie — kilkanaście kroków wszerz 
i wzdłuż zaledwie — "trawą zadosłe 
napoły", tające bwą toń ciemno-zielo- 
ną w gęstwach podszytego boru. 
Piękne jest jezioro Berżona. Jak 
Świteź, niby wielka czara — okrągłe 
i jak Świteź ze wszystkich stron  
lasem otoczone. Piękniejsze nawet  
może od świtezi, bo niema nad nim ani 
zgiełku turystów, ani wrzawy  
kąpiących się. Myśliwy tylko lub rybak 
zjawiają się nad Berżoną. 
Niedaleko od Berżony leży w borze 
jeziorko niewielkie, będące rajem dla 
amatorów połowu raków. Dużo jest 
sposobów "rakobrania", lecz sposób 
stosowany w okolicach Dukszt jest 
cłryba najbardziej wydajny i —  
sportowy. W ciepłą noc bezksiężycową 
(może to pizesąd lokalny, lecz  
podobno najlepiej smakują w miesiącach, 
mających literę "r" w swej nazwie) 
wybiera się towarzystwo wozami  
drabiniastymi na raki. W pobliżu jeziora 
na niewielkiej polance wśród sosen 
płonie ognisko. Panie, nie biorące 
udziału w połowie, gotują leśną  
kolację. A łowcy, panie i panowie, boso, 
w strojach kąpielowych lub w inny 
sposób rozebrani, brodzą po kolana w 
wodzie wzdłuż brzegów jeziora i  
rękami wyciągają raki z pieczar muli- 
stych pod krawędzią brzegu. "Siły  
pomocnicze" trzymają na długich  
żerdziach kagańce płonących smolaków 
dla oświetlenia terenu łwów.  
"Polowanie" wymaga zarówno zręczności, jak 
i determinacji. Nieraz nowicjusz boi 
się ślepego błądzenia dłonią w  
czarnym mule. Nieraz rak wymknie się 1 
jak pająkowaty cień w mlgotliwem 
świetle łuczywa zniknie w czarnej 
głębi. Nieraz łowiec mniej zręczny 
wrzaśnie z bólu cięty w palce ostreml 
nożycami raka ... A po skończonych 
łowach towarzystwo gromadzi się 
przy ognisku 1, posilając się herbatą 
i wędlinami litewskiemi, liczy trofea i 
w ożywionej gawędzie raz jeszcze 
przeżywa emocje rakobrania. Ognisko 
trzaska, oświetlając złote, jakby przy- 
kopcone od dołu kolumny sosen. 
Pachnie żywicą i dymem żywicznym. 
Krążą "stopki" wódki. Brzmią  
śmiechy, żarty i "przygaduszkl" ironiczno- 
dobroduszne. W pieszczocie ciepłej 
nocy letniej rakobranie jest jakby 
rapsodem karnawału — "season"  
litewskiego : z szeptanego flirtu i  
przelotnych uścisków rodzą się i kojarzą 
związki. Ludzie, nastrojeni  
romantycznie, powiadają, że te nocne  
rakobrania mają w sobie coś z misterjów 
pogańskich — niby ogniska  
świętojańskie lub "Dziady" zaduszne. 
O stajanie od Berżony biegnie  
droga : Dukszty — Smołwy. Droga ta, 
ongiś ruchliwa i ożywiona, zamarła 
w okresie stanu "ani wojny, ani  
pokoju" pomiędzy Polską a Litwą  
Kowieńską. Zrzadka tylko po  
zarastającym trawą lub nawet małeml  
brzózkami szlaku zatnrkocze "linijka", 
wioząca myśliwych lub żołnierzy  
Korpusu Ochrony Pogranicza. A jest to 
chyba jedna z najpiękniejszych i  
najbardziej "typowych" dróg litewskich. 
Z jednej strony—ściana starego lasu. 
z drugiej — szpaler brzóz plączących. 
Aleja, sadzona ręką Boga, i dlatego 
niewymownie piękna. Aleja gubi się 
później na pofalowanej płaszczyźnie 
obszernych "dyrwanów". Dyrwany 
te, które porównać można z terenami 
Szkocji, gdzie się poluje na grouse'y, 
były w latach ostatnich zasiewane, 
dla celów użyźnienia, łubinem.  
Przepięknie wyglądają duksztańskle  
dyrwany na wiosnę, gdy łubin kwitnie 
żółtem kwieciem. Ale jeszcze piękniej 
prezentują się póżnem latem i  
wczesną jesienią, gdy kwitną na nich 
wrzosy — liljowe 1 białe. 
Po kilku kilometrach jazdy  
zaciszną drogą leśną wyjeżdżamy na  
wzgórze. To wieś i strażnica Korpusu. 
Ochrony Pogranicza — Gajlutyszki. 
Wzrok nasz, nawykły w ciągu długich 
godzin do oglądania ciemnych głębin 
leśnych, jest poproś tu olśniony plein- 
airem wspaniałego widoku. Od stóp 
wzgórza, na którem stoimy, aż hen, 
do mglistych zarysów zachodniego 
widnokręgu lśni lustro szafirowe  
olbrzymiego jeziora. To jeziro święte, po 
litewsku: Szwinta. 
Granica między Rzeczypospolitą 
Polską a Litwą Kowieńską oddała 
Kownu całą wodną powierzchnię 
jeziora, pozostawiając po stronie  
polskiej niedługi, niespełna kilometr 
Uczący skrawek brzegu. Gdy tak  
stoimy na gajlutyskiem wzgórzu,  
wpatrzeni w toń świętego jeziora, ogarnia 
nas mieszanina sprzecznych myśli i 
nastrojów. Rozmyślamy o tem, że 
jezioro jest bardzo piękne, jak bywa 
tylko piękny twór przyrody,  
nieskalany "ulepszającem" dotknięciem  
cywilizacji ludzkiej. Rozmyślamy, że  
jezioro jest' bardzo swojskie, a  
jednocześnie przekleństwem swarliwej, 
krótkowzrocznej 1 małostkowej  
natury człowieczej — obce, może nawet 
Odlot dzikich gęsi 
Hiszpanie nie mieli szczęścia do 
Irlandji. Wylądowawszy na niej po 
raz drugi w roku 1601 w lipcu,  
podczas nowego powstania, które płonęło 
na północy, uczynili dość wyraźny 
błąd, wyładowując się na południu.. 
Oczywiście w swym odosobnieniu  
zostali przez Anglików otoczeni w  
miejscowości Klnsale 1 nie tylko  
Irlandczykom nie pomagając jeszcze ich 
klęskę przyspieszyli. 0'Neill bowiem, 
tym razem walczący po stronie  
irlandzkiej i nawet przewodzący nią,  
pomaszerował z północy na ryzykowną 
odsiecz i został pobity. 0'Neill, mimo 
klęski poddał się dopiero w marcu w 
1603 roku. Nikt go za nic nie sądził, 
do roku 1607 mieszkał sobie w Irlandii, 
potem wyjechał do Rzymu gdzie 
zmarł śmiercią naturalna w 1616 
roku. Coż to były za kulturalne  
czasy ! Po tym powstaniu co prawda, 
Anglicy skolonizowali Ulster. 
Za panowania Stuartów Irlandia 
miała trochę wytchnienia. Może 
wdzięczna za to powstała w roku 1641 
w obronie króla, choć król ten był 
Anglikiem. Tym razem Irlandczycy 
walczyli z hasłem: "Pro Deo, pro 
Regę, pro Patria Hibernia unanimls" 
na ustach. Ale co Btać się mogło gdy 
pech Stuartów połączył się z pechem 
powstańców irlandzkich ? Oto mógł 
się stać tylko Cromwell, który jest 
dla Irlandczyka superlatywem  
każdego zła. 
Po ostatecznym więc opanowaniu 
Irlandii Cromwell wydał sławne  
rozporządzenie, że wszyscy katolicy  
irlandzcy którzy nie mogą udowodnić, 
że trzymali się zdała od powstania i 
którzy posiadają majątek  
przynoszący dochód większy od Ł10 rocznie  
muszą do września 1653 przenieść się na 
zachód po przez rzekę Shannon do 
ubogiej prowincji Connaught. Od tego 
czasu przyswoiło się w Irlandii  
powiedzenie : "Do piekła lub do  
Connaught". 
Myliłby się ten jednak ktoby  
przypuszcza), że jedynym wynikiem  
irlandzkich powstań były represje i  
kolonizacje. Prawie wszyscy historycy 
zgadzają się, że gdyby nie wojny w 
Irlandii za Tudorów, to Anglia  
byłaby napewno w tych czasach pomogła 
Hugenotom we Francji, a wtedy his- 
torja świata mogłaby być zmieniona. 
Po raz drugi w obronie Stuartów 
powstała Irlanda w 1685 roku. Tym 
razem, równie nieskutecznie, broniąc 
syna ściętego ojca. Choć Jakób II 
nie stracił swej głowy Irlandczycy 
stracili jeszcze więcej jak po  
nieudanej obronie Karola. Stali się narodem 
niewolników na 100 lat. Datą  
zasadniczą w tym powstaniu i w ogóle datą 
zasadniczą w irlandzkiej historii jest 
rok 1690 ty, kiedy to pierwszego lipca 
rozegrała się doniosła bitwa nad  
rzeką Boyne. Wilhelm Orański, jeden z 
niewielu szczęśliwych dowódców  
unikających skrzętnie rozlewu krwi.  
odniósł zdecydowane zwycięstwo. W  
roku l(i!)l nastąpiło oblężenie limeiick 
przerwane traktatem tej nazwy, na 
mocy którego pozostałości armi  
irlandzkiej uzyskały prawo wycofania się 
do Francji. Kampania Irlandzka nie 
była łatwa do rozegrania i to nie  
tylko z powodu bitności Irlandczyków. 
Oto Wilhelm zapuszczając się w głąb 
nieprzyjaznej wyspy zbyt daleko za 
sobą pozostawiał Holandję, musiał się 
i z tej więc strony zabezpieczyć.  
Doskonały historyk, Lord Acton,  
opowiada o holenderskim generale, który  
został wysłany przez Wilhelma do  
Rzymu do Inocentego XI, by trudne do 
uzyskania poparcie Papieża w sprawie 
tej otrzymać. 
Traktat Limericki zawierał ze stro- 
wrogie. .Na toni jeziornej, o niespełna 
kilometr od nas płynie łódka. Nie jest 
to jednak łódź rybacza lub myśliwska, 
lecz łódź "pograniczników" litewskich, 
którzy strzegą, by nikt z naszego 
brzegu nie śmiał "naruszyć"  
roześmianego w słońcu terytorjum  
wodnego ... W czystem powietrzu rysują 
się po tamtej stronie niebiesko-zielone 
wzgórza i ciemno-zielone lasy: dla 
nas jednak tamten brzeg jest  
niedostępny, zakazany . . . Więc ogarnia 
nas złość na tych tępych strażników, 
strzegących jeziora ! Ale w sekundę 
później przychodzi refleksja: czy 
sami nie jesteśmy bez winy ? czy w 
tej kłótni rodzinnej, w której  
jesteśmy starszymi, silniejszymi i — co tu 
gadać — rozumniejszymi, nie  
zaniedbaliśmy czegokolwiek — jakiegoś,  
powiedzmy ustępstwa, lub nawet wprost 
gestu ? czy sami nie przyczyniliśmy 
się trochę do tego, że oto na naszych 
oczach legenda jagiellońska kruszeje 1 
rozwiewa się ? . . . 
Jeszcze dalej na północ  
leżą—miasteczko i jezioro Smołwy.. Jezioro 
Smołwy jest urocze, lecz innym  
urokiem, niż jezioro święte. Jest  
znacznie mniejsze i nie olśniewa  
przepychem otwartej przestrzeni wodnej. 
Zato jest bardziej malownicze: toń 
jego przecinają podłużne wyspy i  
półwyspy — niby mierzeje. Na wyspach 
tych i mierzejach rosną stare drzewa, 
zaś drzewa roją się od gniazd czap- 
lich. Czaple gnieżdżą się nad  
jeziorem smołweńskiem całemi kolonjami. 
Oglądamy setki tych pięknych siwych 
ptaków — flamingów północy — jak 
nieruchomo, jakby dumając, siedzą na 
szczytach drzew. Białe chmurki,  
zielone drzewa, siwe czaple przeglądają 
się w Cichem lustrze jeziora. Pięknie 
jest . . . 
Michał K. Paiolikowski. 
ny Irlandzkiej Sarsfleld Earl 0f 
Luckan. Podają, że trzy dni po  
zakończeniu układów przybyły do  
Irlandczyków poważne posiłki francuzkie 
Sarsfield jednak, mimo tej zmiany  
sytuacji, uprzednio danego słowa  
dotrzymał. Co byłaby za niespodzianka 
gdyby w dzisiejszych czasach ktoś 
tak uczciwie postąpił. Brat Earl of 
Luckan był szwagrem księcia Mon- 
mouth, syna Karola n, a wdowa p0 
Earlu wyszła za księcia Berwick syna 
Jakóba II i Arabelli siostry słynn-ago 
księcia Marlborough). Oblężenie 
Limericku nie było ostatnim  
spotkaniem Sarsflelda z "Orańczykiem". 
Szpady Ich miały się jeszcze  
skrzyżować w bitwie pod Landen, gdzie Earl 
dowodząc Brygadą Irlandzką v;  
służbie Francuzkiej poległ, a Wilhelm, jak 
wiadomo, został zmuszony do  
odwrotu. 
Warunki pokoju Limerickiego były 
dla Irlandii stosunkowo korzystne. 
Czytaliśmy jak Irlandczycy z  
zobowiązań raz powziętych, mimo zmiany 
sytuacji strategicznej, nie chcieli się 
już wycofać. Niestety nie można  
powiedzieć tego o Anglikach, którzy  
mimo wysiłków prostolinijnego  
Wilhelma, układ Limericki najzupełniej  
złamali, gdy tylko zdołali Irlandię  
całkowicie opanować. Osiemnasty wiek 
to dla Irlandczyków coś w rodzaju 
legendarnej "Egipslclej Niewoli" dla 
Żydów. To wiek poniżenia  
wszystkiego co irlandzkie, to wiek cierpień i 
bólu, w którym prawdziwy naród 
Irlandzki dopiero się jednak ulepił i 
stał świadomy siebie. 
W historii każdego narodu jest 
chwila, w której coś się wewnątrz 
przeradza, oczyszcza i wyłania.  
Przychodzi chwiła kiedy mężny rycerz  
wędrowny, czy awanturniczy szlachcic 
staje się narodowym bohaterem,  
kiedy możny przewódca szczepu, czy  
jakiejś wielkiej rodziny staje się mężem 
stanu i kiedy matka, może nie  
wiedząc, że czyni to po raz pierwszy,  
zawiesza nad łóżkiem dziecka, obok 
świętego 1 patrjotyczny obrazek. 
Przychodzi chwila kiedy 1 w domach 
ubogich, w wiejskich chatach,  
zaczynają szeptać słowo : ojczyzna Wtedy 
dopiero naród jest naprawdę, i już 
przepadło, w brew wszystkim p-ze- 
clwnościom żyć będzie. Irlandja  
dzisiejsza powstawać zaczęła w wieku 
osiemnastym, początek swój wzięła w 
krwi wspólnie uciskanych ludzi i w 
popiołach domostw spalonych  
jednakim wyrokiem. 
Tak zwane "Pena] Laws" czy "roz- 
porządenia karne", do dziś dnia  
napełniają Irlandczyków goryczą. Zostały 
one nałożone, 1 wciąż uzupełniane, 
między 1696 a 1746 rokiem. Katolik 
więc nie mógł zasiadać w  
parlamencie (ani też jako widz na galerjil, nie 
mógł głosować, płacił podwójne  
podatki, nie mógł posiadać broni palnej. 
nie wolno mu było dzierżawić ziemi 
dłużej jak przez 31 lat, nie mógł  
sprawować urzędowych funkcji, nie mógł 
służyć w wojsku (to bym jeszcze 
znlósli. nie mógł też założyć szkoły, 
ani posiadać konia wartego ponad £5. 
i Jeżeli takiego jednak przypadkowo 
posiadał każdy protestant mógł go  
odkupić za cenę £5). Księża i  
zakonnicy byli deportowani ltd. "Całą  
sytuację", jak pisze jeden historyk  
irlandzki, "doskonale naświetlił sędzia 
:Łngielskl, który w roku 1759  
oświadczył z trybuny, że prawo wcale nie 
bierze pod uwagę i nigdzie nie jest 
powiedziane, czy 'Papistom' wolno w 
Irlandii oddychać." 
Odbywały się też i liczne konfiskaty 
ziemi, tak że gdy później trzeba było 
nowe granice wytyczać, bo starych 
nikt już odnaleźć na zwichrzonych 
wertepach nie potrafił, napotkano 
przy podziale tej ziemi, zielskiem  
porosłe, dawno nie uprawnej, na niejedną 
U-udność. Opowiada nam Lord Leslie 
w swych wspomnieniach jak dwie  
rodziny z tej trudności wybrnęły  
prawdziwie irlandzkim pomysłem. Oto  
zgodzono się, że dwie najstarsze damy 
obu rodów udadzą się piechotą i  
drogą najkrótszą do swych wzajemnych 
siedzib. Tam gdzie się spotkają  
będzie granica majątków. (Możemy  
sobie wyobrazić jak obie starsze panie 
musiały pędzić). 
Nie wszyscy jednak Irlandczycy 
znosili mrok niewoli 1 upokorzenia 
stuletniego ucisku. Zaraz bowiem po 
pokoju Iimerickim około 12,000 ludzi, 
bliżej związanych z zakończoną  
wojną opuściło wyspę. Drogi ich  
przeważnie wiodły do armji francuskiej w 
służbę Ludwika XIV. W ten właśnie 
sposób opuściła swą ojczyznę prawio 
cała rodzima arystokracja irlandzka. 
Ten nagły zryw, do odlotu ptaków  
podobny, ochrzczono na wsi irlandzkiej 
mianem "odlotu dzikich gęsi".  
Później, gdy wciąż łaknącą posiłków, 
wciąż strzępioną, " Brygadę  
Irlandzką" uzupełniali coraz to nowi synowie 
Irlandii, starzy ludzie, ci co pozostali, 
spoglądali tęskno w niebo. Do dziś 
się zachowała legenda, że gęsi  
melancholijnie wędrujące nad mroczną  
irlandzką wyspą, napełniające dwa razy 
do roku swą górną skargą irlandzkie 
niebo, to są wędrowni żołnierze  
Irlandii, zabici w boju i swych dawnych 
domów szukający. W legendzie tej 
jest cała dusza Irlandczyka i może 
trzeba było choć urywki  
przebrzmiałych dziejów przytoczyć by i barwę 
tej legendy i charakter człowieka, 
który w nią wierzył, zrozumieć. 
Historia jest nie tylko matką, ale i 
wychowawczynią narodu. 
Jan Badem',. 
Printed by The Unlque Printers, Ltd., 11, New Road. E.l. 
Publlahed by J. Godlewski. 2. Wllton Terrace. S.W.l