/1355954.djvu

			N-r 24. 
Warszawa, Niedziela, 24 stycznia 1909 r. 
Rok 2. 
o&na „etosu Warszawskiego"! 
W Warszawie: roeznie rb. 9, półrocznie rb. 4 .50, kwar- 
V.1nio rb. 9.25, miesięcznie kop. 75; Z przesjłki) pOCZfOWą: rocznie rb. 12, półrocznie rb. 6, kwartalnie 
rb. 8) za granfeą: rocznie rb. 18, półrocznie rb. 9, kwartalnie 4.50. Zmiana adresu 20 kop. Za odno- 
szenie do domu 5 kop. miesięcznie. Cena numeru nojedyńezsgo 3 kop. 
Redakcya 
i Admlnistraoyar 
PLAG WARECKI 2. 
AdreB dla listów: Warszawa, „Głos Warszawski", skrzynka pocztowa 16 267. 
Wejście do kantoru „Głosu Warszawskiego": SZPITALNA 14. 
Telefon 
Redakeyi—68, 
Administraoyl—25-Sł,* 
Rękopisów redakeya nie zwraca. 
Cena ogłoszeń 
w ,,Głosie 
Warszawskim"3 
zwyczajne petit.- 10 kop., rekiamyi no. 
krolog-i—15 kop., przed tekstem-50 kop., w tekście-80 kop., drobno za wyraz 2 kop., za druk grul> 
szy—podwójnie; aa tłómaczenie dolicza się 2 kop. od wiersza. 
— 
Za dołączenie prospektów do „Głosł 
Warszawskiego" płaci się 10 rubli od tysiąca, oprócz opłaty pocztowej. 
Opuścił prasę . 
stycznio wy 
zeszyt 
L 
Przeglądu" Narodowego 
i zawiera 
treść 
następującą: 
STANOWISKO KOŁA POLSKIEGO — Roman Dmowski. 
RELIGIA W ŻYCIU NARODOWEJ! — Wincenty 
Lutosławski. 
POWIEŚĆ - KINEMATOGRAF — Zygmunt 
Wasilewski. 
BUŁGARYA WSPÓŁCZESNA - Stanisław 
Kozicki. 
POLACY NA ORAWIE W WĘGRZIOCH - Grzegorz 
Smólski. 
ROK POLSKI W ŻYCIU, TRApYCYl I PIEŚNI. 
PRZEGLĄD SPRAW POLSKICH — Antoni 
Sadteu-icz. 
PRZEGLĄD POLITYKI ZAGRANICZNEJ — Bohdan Wasiutyiisléi. 
Z PRASY: Nowa faza kwestyi żydowskiej—„Lamus"-Słowianie ir Stanach Zjednoczonych — 
Żydzi w Poznańskiem. 
BIBLIOGRAFIA. 
Administracya: 
Nowogrodzka 
28 m. 18, telefon 
M4-88* 
Przedwczesna radość. 
Od chwili, gdy Głos Warszawski przy- 
niósł wiadomość, że prezes Koła Polskie- 
go, R. Dmowski, zamierza złożyć mandat 
poselski, na szpaltach prasy postępowej 
brzmi wrzaskliwa fanfara na temat „ban- 
kructwa demokracyi narodowej". 
Ktoby 
zechciał o stosunkach krajowych informo- 
wać się z Przeglądn Porannego, Prawdy lub 
Nowej Gazety (Goniec nie zalicza się do 
prasy postępowej, „skrobie sobie rzepkę" 
na własny rachunek, ale dmie w tęż sa- 
mą, co i prasa postępowa dudkę) —mu- 
siałby dojść do przeświadczenia, że w ży- 
ciu miszem publicznem zdarzył się katak- 
lizm analogiczny do tego, jaki zniszczył 
Reggio i Messynę. Tam nagle i niespo- 
dziewanie legły w gruzach dwa miasta, 
zginęły setki tysięcy ofiar, u nas zaś—w 
sposób równie cudowny zniknęło nagle z 
widowni stronnictwo, które dotychczas 
panowało niepodzielnie w stosunkach po- 
litycznych kraju. Znikło—i pozostała po 
niem próżnia. Bo zarówno postępowcy, 
jak nieokreślone bliżej żywioły, które ma- 
ją przypadkową możność' rozwijania swej 
pogmatwanej „myśli przędzy" na szpal- 
tach Gońca, głosząc codziennie o „ban- 
kructwie'1 demokracyi narodowej, nio po- 
siadają jednak tyle odwagi, ażeby twier- 
dzić, że obejmują po niej spadek. Nie- 
śmiało tylko, wbrew oczywistości i real- 
nym stosunkom prawnym, snuje się ma- 
rzenia o nowych „od samego dołu" wy- 
borach w Warszawie, przy których może 
udałoby się wygrać magistackiego atuta... 
Ale to tylko marzenia i marzeniami po- 
zostaną nazawsze, bo gdyby objawiły się 
w formie bardziej wyraźnej, od śmiesz- 
ności nie uchroniłby nawet... atut ma- 
gistracki. 
Postępowcy nie marzą zresztą nawet 
o dziedzictwie po demokracyi narodowej. 
Wiedzą, że społeczeństwo polskie nie mo- 
że szukać swych przewodników wśród 
„postępu", który, jak to otwarcie wypo- 
wiedział „Poseł Prawdy" w przedostatnim 
numerze Prawdy, 
spoczywa 
całkowicie 
na barkach żydów. Mistrz „postępu" z 
Prawdy może urągać społeczeństwu pol- 
skiemu od klerykalizmu, 
szlachetczyzny, 
wstecznictwa; urągania te nie zmuszą jed- 
nak społeczeństwa polskiego do poszuki- 
wania sobie przewodników politycznych 
w łonie żywiołów, w masie swej coraz 
mocniej odeń się wyodrębniających i prze- 
ciwstawiających się najżywotniejszym in- 
teresom naszym. 
Postępowcy nie zgłaszają więc narazie 
swych pretensyi do „masy upadłości" po 
Stronnictwie Demokratyczno-Narodowem, 
choć mieliby może wielką chęć po temu. 
Gdzież są inne czynniki polityczne, 
które mogłyby lub chciałyby sięgnąć po 
wakujące rzekomo dziedzictwo? 
Realiści nio głoszą o „bankructwie" 
demokracyi narodowej. Istniejące w kra- 
ju naszym organizacye katoliclde i chrześ- 
cijańsko-społeczne nie chcą podejmować 
się żadnej roli politycznej. 
„Ludowcy" 
nie narodzili się jeszcze, Socyaliści lu- 
strują własne szeregi, ni"e mogąc w. ża- 
den sposób rozwiązać zagadki, kto w tych 
szeregach pozostał jako wierny „towarzysz", 
kto zaś jako-szpieg lub prowokator. „Na- 
rodowy związek robotników" ogłosił się 
jako samoistna organizacya polityczna, 
doszedł nawet do wniosku, żo wypada mu 
posiadać własny program. Na tem skoń- 
czyła się jego działalność, a może nawet 
i istnienie „Fronda" doskonale wie, czego 
nie chce, ale w dziedzinie haseł pozytyw- 
nych posiada tyleż programów, ilu ludzi, 
a raczej żadnego nie posiada programu. 
Trudno bowiem za program uważać te 
niezrozumiałe pewnie i dla autora maja- 
czenia, któremi p. Z. M. od czasu do czasu 
zdobi Gońca. 
Gdzież są ci spadkobiercy demokracyi 
narodowej, czy też wierzyciele, którzy 
mają podzielić pomiędzy siebie jej „masę 
upadłości", jeśli bankructwo zaszło tu 
istotnie? 
Niema ich, bo r.iema i bankructwa. 
Wycofanie się jednostki, choćby naj- 
wybitniejsze], z danej areny działania mo- 
że wprawdzie dać pretekst wrogom do gło- 
szenia „bankructwa", ale bynajmniej, nio 
jest bankructwem ani tej jednostki ani 
tembardziej stronnictwa, do którego ona 
należy. Tembardziej, jeśli obok względów 
natury publicznej, decydują tutaj niemniej 
poważno względy natury osobistej. Niko- 
mu, a najmniej chyba postępowcom na- 
szym nie przyszłoby do głowy głosić o 
bankructwie socyalistów galicyjskich, gdy- 
by z jakiegokolwiek powodu z parlamen- 
tu wiedeńskiego wycofał się Daszyński. 
Nikt nie uważałby za bankructwo niemiec- 
kiej demokracyi socyalnej, gdyby z par- 
lamentu niemieckiego wycofał się Bebel. 
Jeśli Dmowski wycofa się z Izby, zna- 
czyć to będzie tyle tylko, że w danych 
warunkach uważa za owocniejszą pracę 
swoją w kraju. Tyle tylko — i nic wię- 
cej. 
Kto nie ma poza sobą żadnych zasług, 
żadną pracą narodową wykazać się nie 
może, kto nawet w dalekiej przyszłości o 
żadnych tryumfach własnych marzyć na- 
wet nie może, temu wolno pocieszać się cu- 
dzem fikcyjnem „bankructwem". 
Marna 
to i niedługotrwała pociecha. Stronnict- 
wo Demokratyczno-Narodowe przechodzić 
może równolegle do napięcia lub osłabie- 
nia energii całego społeczeństwa polskie- 
go — chwile zastoju lub osłabienia; od- 
padać odeń mogą to lub inne jednostki. 
Ale o „bankructwie" jego mówić można 
będzie dopiero wtedy, gdy wyczerpie się 
treść ideowa jego programu, lub gdy speł- 
nione będą jego zadania. Chwilowo błę- 
dy lub wahania w taktyce politycznej — 
błędów nie popełnia ten tylko, kto trwa 
w błogim kwietyzmie — nie mogą zade- 
cydować o przyszłości demokracyi naro- 
dowej, jak nie zadecyduje o niej „fałszywą 
kredą" przez jego wrogów pisane bilanse 
o działalności Stronnictwa i głośno wrzas- 
ki o jego rzekomem bankructwie. 
Korespondent Kur. Warsz. donosi z Peters- 
burga: Noicofe Wremia otrzymało telefoniczną 
wiadomość z Moskwy, iż odbyło się tam posie- 
dzenie poufne Stowarzyszenia kultury słowiań- 
skiej z udziałem profesora Zdziechowskiego, a- 
dwokata Doboszyriskiego z Krakowa, redaktora 
L. Straszewicza i serbskiego archimandryty Mi- 
shała. Na wniosek ks. Trubecldego wyrażono 
wdzięczność Polakom za to, iż obecnością swoją 
stwierdzają możność zbliżenia rosyjsko-polskiego. 
Wśród mnóstwa mów zwróciła uwagę mowa 
posła Lwowa, który rzekł: „Rosya powinna 
bardziej zbliżyć się do kultury Zachodu, gdyż 
zbliży ją to do Słowian zachodnich; przede- 
wszystkiem jednak należy rozstrzygnąć kwestyę 
polską, gdyż przedtem niepodobna nawet myśleć 
o zjednoczeniu z zachodnimi Słowianami". Stra- 
szewicz, odpowiadając Lwowowi, rzekł: „Polacy i 
Rosyanie znajdą wspólny grunt do porozumienia 
się, lecz do tego potrzeba czasu, być może ca- 
łych lat długiej uporczywej pracy, aby zatrzeć 
ślady tej nienawiści, jaka nagromadziła się wsku- 
tek okrutnej przeszłości". 
Wydział najemników sezonowych. 
Do długiego szeregu spraw, któro bieę życia 
wysuwa na porządek dzienny, a których grun- 
towne zbadanie, w miarę możności zaś i rozwią- 
zanie na nasze własno barki spada, przybyła w 
ostatnich kilkunastu latach jeszcze jedna, odbija- 
jąca się silnie na wielu stronach naszego narodowe- 
go życia. Dla jednych sprowadza się ona do 
braku rąk roboczych w rolnictwie, dla innych 
do wywołanego ekonomicznemi przyczynami wy- 
chodźtwa zarobkowego, a w całokształcie swym 
jest nowym, nie istniejącym u nas poprzednio 
objawem masowego przenoszenia się z miejsca 
na miejsce licznych zastępów bezrolnej i mało- 
rolnej ludności wiejskiej, objawem, pociągającym 
za sobą poważne, zarówno społeczne, jak i eko- 
nomiczne następstwa. 
Niedawne to czasy, gdy w literaturze naszej 
wypowiadano śmiałe opinie, że niezaradność, ocię- 
żałość, brak inicyatywy i przedsiębiorczości, nie- 
chęć i obawa do opuszczania miejsca urodzenia, 
stanowią charakterystyczno cechy naszego ludu 
wiejskiego. Dzisiaj poglądy te mają już tylko 
historyczne znaczenie. W pogoni za pracą i lepszym 
zarobkiem, pod wpływem całego szere(gu innych 
przyczyn, o wiele głębszych, niż to sio pozornie 
wydaje, przyczyn, których istotnego źródła po 
szukiwać trzeba w tych tajemniczych, don i o 
słych przemianach, jakie się odbywają w głębi 
nach duszy chłopskiej, lud nasz opuszcza swój 
zagon i wieś rodzinną i idzie w świat daleki, 
obejmując w tej wędrówce nowe kraje, zdoby- 
wając nowe pola pracy, nowo źródła zarobku. 
Raz poruszone i rozkołysane fale ruchu wy- 
chodźczego ogarnęły w krótkim czasie kraj 
cały i dziś nie ma już bodaj powiatu, któryby 
nie dawał większego lub mniejszego kontyngensu 
wychodźców. Jedni z nich dochodzą do zachodnich 
krańców Europy, inni dalej jeszcze, aż do lądów 
drugiej półkuli, alo wielu jest takich, co nie 
idą za granicę, lccz opuszczają swą wieś ro- 
dzinną, by iść pracować przez sezon roboczy w 
sąsiedniej gubernii lub powiecie. Następstwem 
tego jest brak sił roboczych w pewnych okoli- 
cach kraju, narzucająca się pracodawcom ko- 
nieczność sprowadzania najemników sezonowych 
z innych, nieraz odległych stron. 
Można się rozmaicie zapatrywać na przyczyny 
i charakter ruchu wychodźczego, można wyda- 
wać o nim takie albo inne sądy, ale pozostanie 
niezbitem, źe mamy tu do czynienia z ruchem 
żywiołowym, którego żadną siłą powstrzymać się 
nie da. Dla pozytywnego czynu stoi więc otwo- 
rem jedna tylko droga: unormowanie i uregulo- 
wanie tego chaotycznego, bezplanowego prądu, 
skierowanie go na racyonalne tory, przedewszyst- 
kiem przez stworzenie organizacyi pośrednictwa 
pracy, organizacyi, mającej na celu dostarczanie 
zajęcia robotnikom wychodzącym na roboty se- 
zonowe, dostarczanie najemników pracodawcom, 
którzy potrzebują rąk do pracy. 
Dla spełnienia tych zadań, Sejm krajowy w 
Galicyi powołał do życia publiczno biura pośre- 
dnictwa pracy, u nas w tym samym celu, dzięki 
usiłowaniom jednostek, powstał przy Towarzyst- 
wie wzajemnej pomocy pracowników rolnych- 
Wydział najemników sezonowych. 
Zgodnie zo swą nazwą, wydział pośredniczy 
w zawieraniu umów o pracę pomiędzy właścicie- 
lami ziemskimi a najemnikami sezonowymi. Dą- 
żąc zaś przedewszystkiem do tego, by nasza wła- 
sna wytwórczość nio ponosiła strat skutkiem 
braku rąk do pracy, Wydział ograniczył obecnie 
swą działalność do dostarczania robotnika we- 
wnątrz kraju. 
Dotychczas właściciele ziemscy, poszukujący 
najemników sezonowych, kontraktowali ich albo 
sami, wysyłając swych ofieyalistów do okolic, da- 
jących wychodźtwo, albo też uciekali się do po- 
średnictwa prywatnych agentów. Jedyną pobud- 
ką dla tych ostatnich było zwykle osiągnięcie, 
możliwie wysokich zysków materyalnycb, . prze* 
pobranie faktornego od jednej i drugiej strony, 
W stosunku do pracodawców agenci nie dążyli 
bynajmniej do sumiennego spełnienia zobowią- 
zań, w stosunku zaś do robotników korzystali * 
ciemnoty i nieuctwa naszego ludu i bałamucili 
go Dieziszczalneini obietnicami, wyrządzając i ie- 
dńyra i drugim przykre zawody, wzbudzali wza- 
jemne niezadowolenie, niechęć, podejrzliwość, 
i przyczyniali się do pogłębiania poczucia anta- 
gonizmu klasowego. 
Wydział najemników sezonowych powstał 
nie dla celów spekulacyjnych, zarobkowych, 
ale dla spełniania w miarę sił i możności 
pewnej funkcyi, niezbędnej w dzisiejszej fazie 
rozwoju naszego życia społeczno-gospodarczego. 
Decyduje to ż góry o charakterze jego działal- 
ności. 
Organami Wydziału dla kontraktowania ro- 
botników są korespondenci, wybrani z pośród 
osób, mających zaufanie ludu i dających 
1 
rękoj- 
mię właściwego spełniania tych obowiązków. Dla 
uniknięcia wszelkich nieporozumień nad kores- 
pondentami będą rozciągali opiekę i kontrolę o- 
piekunowie, osoby, cieszące się ogólnem poważa- 
niem, które zupelnio bezinteresownie, z pobudek 
ideowych, podjęty się tej pracy. Powołując da 
współdziałania szerokie kola osób, posiadających 
zaufanie ludu i dających wszelką rękojmię mo- 
ralną. Wydział widzi w tcm słusznie najlepszą 
gwarancyę, że będzie mógł wykonać przyjęte wo- 
bec pracodawców zobowiązania. 
Pożałowania godne zatargi i nieporozumienia, 
jakie tak często zachodzą pomiędzy pracodawca- 
mi a robotnikami, są w znacznej mierze wywo* 
łane nieznajomością lub niedość jasncm sformu- 
łowaniem warunków umowy. Pragnąc usunąć 
ten powód, Wydział dążył do jasnego i wyraźne- 
go ułożenia kontraktu tak, żeby i jedna i drug( 
strona mogła dokładnie zapoznać się z zobowią* 
zaniami, jakie na siebie przyjmuje. Jednocześni* 
zaś chodziło o to, żeby zarówno robotnicy jak 
pracodawcy mieli możliwą gwsfruncyę, że warun- 
ki umowy będą ściśle wypełniane. Usuwając w 
ten sposób wszelkie niejasności i niedomówienia-. 
Wydział zastrzegł sobie prawo wystąpienia w ro- 
li pośrednika i rozjemcy, wrazie jakichkolwiek 
sporów i nieporozumień. 
Wydział nie jest interesem zarobkowym, ale 
również nio jest instytucyą filantropijną i dlatego 
też koszty utrzymania Wydziału muszą być po- 
krywane z opłat pobieranych od pracodawców. 
Na marginesie. 
Nadużywanie żywego słowa. 
Orgia żywego słowa, jaka zapanowała u nas 
na pierwszych zaraz wiecach po ogłoszeniu ma- 
nifestu październikowego, miała w sobie coś nie- 
pokojącego. Wiedzieliśmy wprawdzie wszyscy, 
że długo tajona energia musiała się wyzwo- 
lić, że usta, z których nagle zdjęto knebel, 
miały prawo już nie wypowiedzieć, alo wykrzy- 
czeć się do woli, ale wyobrażaliśmy sobie jedno- 
cześnie, że po momencie oszołomienia powinien 
przyjść moment opamiętania, w którym pier- 
wiastki rozumu wezmą górę nad pierwiastkami 
uczucia. Oczekiwania te zawiodły. Fala, zamiast 
opadać, podnosiła się coraz wyżej i zalewała 
trzeźwe nawet mózgi. Na mównicach publicz- 
nych zaczęło się zupełnie świadome nadużywa- 
nie żywego słowa. Zabierali glos wszelkiego 
rodzaju agitatorowie i żonglerzy polityczni, któ- 
rych celem bynajmniej nie było uświadomienie 
słuchaczów i obcowanie z nimi, ale gra na naj- 
grubszych ich instynktach, budzenie namiętności, 
jątrzenie, smaganie jednych wobec drugich, odzie- 
uanie z uroku wszystkiego, co nie było fety- 
rzem dla samego mówcy. 
Kala wiecowa stała się salą sensacyi politycz- 
nej W najordynarniejszem znaczeniu. Odsądzano 
łam od czci i wiary przeciwników politycznych, 
posądzano się wzajemnie o zbrodnie, obrzucano 
błotem i śliną, przezywano się, poniewierano so- 
bą, wreszcie z jakąś wściekłą, zajadłą rozkoszą 
Wbijano przewódców stronnictw na pal opinii... 
Rozpoczęły się prawdziwe cirsenses słowa, 
igrzyska, na które tłumnie przechodziła żądna 
wrażeń Warszawa, z przewagą elementu niewie- 
ściego, najłatwiej zwykle w chwilach przełomo- 
wych wytrącanego z równowagi. 
Ale i to jeszcie można było zrozumieć. Była 
fewolucya. Było podniesienie temperatury w ca- 
lem społeczeństwie. Namiętności stanęły u steru 
wypadków, a dusza zbiorowa dymiła, jak wulkan, 
wyrzucając z siebie popiół i lawę. Nadzieje by- 
ły olbrzymie. Każdy chciał regulować swoje ra- 
chunki, każdy wy ciągał skwapliwie rękę po skar- 
by, które miały jakoby sypać się z konstytucyj- 
nego rogu obfitości na kraje i narody, należące 
do państwa rosyjskiego. Wszelkiego gatunku 
Warzycicla i reformatorowie, pochopni do prze- 
budowania świata z dziś na jutro, gotowi bu- 
Nof<ł ea jednym zamachem wszystko i mający 
w ianadrzu cudowno lekarstwa na każde niedo- 
maganie, rozkładali swoje kramiki, zachwalali 
swój towar, pragnęli zbawiać chore, rozbite, zde- 
moralizowane przez długoletnią niewolę, społe- 
czeństwo, które słuchało niepoczytalnie zaleceń 
i wskazówek, upojone blekotem złudzeń wolno- 
ściowych. Mówiono mu o dyktaturze proletarya- 
tu, o ustroju socyalistycznym, o zniesieniu wła- 
sności prywatnej, o konstytuancie w Warszawie i 
t. d., a jednocześnie na ulicaćh grzmiały salwy, 
zabierając dziesiątki i setki niewinnych ofiar. 
Ono słuchało i tego i tego. Mówiono mu o re- 
formie rodziny, o wolnej miłości, o swobodzie 
życia płciowego, o wolności sumienia, o moralno- 
ści niezależnej, a jednocześnie „ruch etyczny" 
rozprawiał się prostytutkami, rozbijał ich mie- 
szkania, tłukł i niszczył meble, lustra, obrazy w 
ślepym ,zaciekłym ataku barbarzyństwa, wywołu- 
jącego uczucie głębokiego wstydu i upokorzenia 
w duszy każdej wrażliwej jednostki. 
Dziś, kiedy z perspektywy lat trzech patrzy- 
my na to wszystko, co było wówczas, życie wy- 
daje nam się jakimś potwornym snem, w któ- 
rym kłębiło się, cwałowało, miotało w dzikich 
konwulsyach wszystko—i złe i dobre, i potworne, 
i śmieszne i wielkie i małe. Każdy dzień przy- 
nosił nowe, silne wrażenia, tak silne, że wczo- 
rajsze bladły przy nich zupełnie i odsuwały się 
gwałtownie w przeszłość. A jednocześnie na 
duszy ludzkiej narastała twarda skorupa zobo- 
jętnienia. 
Przyszły psycholog naszej doby będzie miał 
przed sobą niejedną zagadkę do rozwiązania, za- 
nim określi i wytłumaczy sobie całe to przejście, 
jakie dokonało się w nastroju społeczeństwa sto 
pniowo w ciągu lat 1906, 1907 i 1908. 
Nastrój ten zmienił się zupełnie. Pozostał 
jednak po nim jeden trwały nabytek, który nie- 
ustannie i dziś jeszcze duje o sobie znać — to 
żądza sensacyi. 
Ona opanowała szerokie koła mieszkańców 
Warszawy i ona trzyma batutę w każdem więk- 
szem zbiorowisku ludzkiem. 
Zmieniły się tylko ramy, zmieniły dekoracye. 
Miejsce życia politycznego, które biło przed trze- 
ma laty silnem tętnem nadziei... nieurzeczywi- 
stnionych, zajęły fermenty natury więcej abstrak- 
cyjnej. Na mównicy publicznej zamiast rozwy- 
drzonych agitatorów, zamiast rzeczników prze- 
wrotu lub obrońców ładu i porządku, których rów- 
nież roznamiętniła fala wypadków, zjawili się 
pozornie objektywni apostołowie tych lub in- 
nych teoryi z zakresu nauk społecznych, mo- 
ralnych i filozoficznych. 
Rozpoczęły się odczyty, odwiedzane tłumnie. 
Z zapartym oddechem, z rumieńcami na twarzy 
młodzież słuchała wykładów. 
Pozornie zjawisko to mogło budzić otuchę, 
mogło nastręczać wnioski, źe oto zaczął się w 
społeczeństwie żywiołowy pęd do wiedzy. Dla 
tego prasa nie szczędziła odczytom reklam, a naj- 
poważniejsze instytucye, jak Muzeum przemysłu 
i rolnictwa, otwierały chętnie podwoje swoich sal 
dla zgłaszających się prelegentów. 
Niebawem jednak okazało się, że nie żądza 
wiedzy, ale żądza sensacyi sprowadza Warszawę 
na odczyty. Wykłady o charakterze istotnie 
wartościowym nie miały i nie mają, powodzenia. 
Wszystko jednak, co pod pokrywą nauki prze- 
mycało jakąkolwiek sensacyę, znajdowało na- 
tychmiast odgłos w szerokich kołach i zapełniało 
po brzegi sale wykładowe. ' 
Kiedy w grudniu roku ubiegłego przyjechał 
do Warszawy Jerzy Żuławski, poeta dużego ta- 
lentu i ogłosił dwa odczyty—na pierwszym z nich 
było pełno, na drugim prawie pusto. 
Wypadek ten doskonale ilustruje sytuacyę. 
Na pierwszy odczyt przyszła Warszawa zo- 
baczyć, jak wygląda autor „Erosa i Psyche", 
(sprowadziła ją nie chęć usłyszenia i zastanowie- 
nia się nad tem, co było treścią odczytu, ale 
chęć zobaczenia zblizka znanego poity. Dla 
wielu czytujących panieniek była to sensacya. 
Gdy jednak podrażniona ciekawość została już 
zaspokojoną — na drugi odczyt stawiła się 
tylko szczupła garstka tych, eó naprawdę dla 
samego odczytu przyszli. 
Wypadki podobne powtarzały się już i przed- 
tem. Dla urządzających odczyty przestało być 
tajemnicą, co decyduje o powodzeniu, i znaleźli 
się ludzie, którzy postawili sobie osiągnięcie po- 
wodzenia za cel jedyny i wyłączny. Zaczęli oni 
już bez obsłon uderzać w wielkie tam—"tam sensa- 
cyi i wyzyskiwać nastrój po-rewolucyjny. Spo- 
strzegli, że społeczeństwo, przyzwyczajone do 
silnych podniet, o stępionej przez wypadki po- 
przednie wrażliwości, szuka -nie wiedzy, nie roz- 
rywki, ale podrażnienia, że namiętności, nie za 
spokojone przez i wolucy.ę, teraz, gdy życie za- 
czyna powracać do swoich łożysk normalnych, 
muszą mieć jakieś ujście i znajdują je najchęt- 
niej na terenie podnieceń zmysłowych. Jedno- 
cześnie więc z popytem na literaturę sensacyjną, 
seksualno-pornograticzną, zjawiła się podaż, od 
czytów o podobnem zabarwieniu, lecz ukrywają- 
cych się skromnie pod płaszczem naukowości i 
chęci wyświetlenia zawiłych zagadnień, dotyczą- 
cych współżycia kobiety z mężczyzną. 
Odczyty te z jednej strony cieszyły się po- 
wodzeniem wprost niezwykłem, co świadczyło, 
że ich organizatorowie trafili rzeczywiście w myśl 
upodobań szerokiej publiczności, z drugiej—za- 
częły wywoływać coraz częstsze i coraz ostrzej- 
sze protesty. - 
Doszło do tego, komitet Muzeum przemysłu 
i rolnictwa, zaprzestał użyczać swej sali na tego 
rodzaju prełekcye, podkreślając, że „spotkawszy 
się z seryą odczytów, następujących po sobie, a 
noszących tytuły: Wolna miłość; Miłość, jako mo- 
ralna podstawa małżeństwa; Obrona rodziny a wol- 
na miłość; Kobieta a opinia; Anielka Sienkiewi- 
cza i Ewa Żeromskiego—na wygłoszenie ich nie 
zgodził się, a to z powodu, że tematy takie i im 
podobne, mimo pewnego znaczenia fizyologiczne- 
go, psychologicznego i patologicznego, nio kwali- 
fikują się do wykładów w sali Muzeum, dostęp- 
nej dla młodzieży wszelkiego wieku i płci 
obojga". 
W odpowiedzi na to ukazał się znany pro- 
test prelegentów „postępowych", piętnujący „sa- 
mozwańczą cenzurę odczytów" i zapowiadający 
bojkot sali muzealucj. Było to w listopadzie 
roku ubiegłego. Obecnie jednak w styczniu r. b . 
zmieniły się widocznie zapatrywania na tę spra- 
wę i w łonie samego obozu „postępowego", bo 
oto najstarsze postępowe pismo polskie, Prawda. 
piętnuje w ostatnim numerze swojem bez obśton 
sensacyjny charakter niedawnego odczytu p. Bel 
monta na temat „Czego nie wiecio o waszych 
mężach'". 
Prawda stwierdza tym razem wyraźnie to, co 
zaznaczaliśmy już wielokrotnie i przy rozmaitych 
sposobnościach, mianowicie nadużywanie żywego 
słowa przez prelegentów, którzy składają tem 
dowód nieposzanowania dla mównicy publicznej. 
Żywe słowo—ten najpiękniejszy środek obco 
wania człowieka z człowiekiem, to niezastąpione 
narzędzie tam, gdzie idzie o wytworzenie ściślej- 
szego obcowania duchowego pomiędzy ludźmi, ta 
wspaniała harfa, na której można wygrywać 
przenaj rozmai tąze melodye—schodzi u nas do roli, 
której nigdy odgrywać nie powinno. 
W ustach dobrego mówcy — wszystko jedno, 
czy będzie nim kaznodzieja, przemawiający w 
duchu Sayonaroli lub Skargi, czy trybun ludowy, 
panujący nad tiumem, jak Kamil Demoulins, czy 
uczony, wykładający słuchaczom nowe zdobycze 
swojego umysłu i zapoznający ich z najgłębszemi 
ukochaniami swojego serca—dźwięczy ono, jak 
szlachetny, czysty metal i posiada moc zapład ma- 
jącą, wzrusza i porywa, poduosi lub przybija. 
błyszczy, jak ostrze szpady i olśniewa, jak bły 
skawica. 
W ustach jednak prelegenta, który obrał ]t 
sobie za narzędzie do odmalowania taj em nit 
„kuchni i sypialni", przypomina tylko brzęk 
liczmanu, który przewędrował tysiąc rąk i noś 
na sobie wszystkie brudne ślady tej długiej węd 
rów ki. 
Niestety, te właśnie liczmany sypią nam dzi- 
siaj obficie * katedr odczytowych zwolennicy 
sensacyi, pikantcryi i powodzenia quand méme. 
Jeżeli zważymy, iż dziejé się to w społeczeń- 
stwie, które nio ma jeszcze dotąd możności mó- 
wienia głośno o tem, co je najbardziej obchodzi, 
które, cofnięte z dróg normalnego swojego ro- 
zwoju, bynajmniej nie stoi wysoko pod względem 
kultury ogólnej, a pod względem kultury nauko- 
wej jest dziś możo najbardziej upośledzonem ze 
wszystkich, że społeczeństwu temu .należałoby 
przedewszystkiem podawać w przystępnej (lla 
niego formie te zdobycze nauki współczesnej^ o 
których wio ono zaledwie z dalekiego słyszenia, 
a które w gruncie rzeczy są dla niego najzupeł- 
niej obce, że ci sami słuchacze, którzy biją bra- 
wo w najdrastyczniejszych miejscach pieprznych 
i żartobliwych odczytów, nie mają smaku wyro- 
bionego, nie są zdolni do wzruszeń estetycznych 
wyższej kategoryi, żyją bardzo poziomem życiem 
powszedniem, jeżeli wreszcie powiemy sobie, że 
obowiązkiem naszym dzisiaj jest pizywdziame 
siedmiomilowych butów, które jedynie mogą nam 
dopomódz w dopędzeniu innych społeczeństw i 
innych narodów- — to wówczas poznamy dopiero 
w całej rozciągłości krzywdę, jaką nam wyrządza 
nadużywanie żywego słowa w celach,.nie mających 
f gola nio wspólnego ani z postępem, ani z kulturą. 
Nie podsycać w społeczeństwio instynkty 
zwyrodniałe, nio grać na zmysłach, nie wyzyski- 
wać chorobliwy mastrói chwili, mający _ swoja 
źródło w nieszczęśliwem położeniu lyaju i w za- 
męcie, wywołanym przez ostatnie lata zawiedzio- 
nych nadziei, ale raczej leczyć, łagodzić i uspo- 
kajać należy. 
Sala odczytowa nie jest widownią, a odczyt 
nie jest widowiskiem, na które przychodzi tłum, 
żądny wrażeń. 
Mównica—to trybuna, na której stać powi- 
nien nie trywialny przestidigitator żywego słowa, 
alo człowiek, umiejący więcej od innych, by- 
strzejszcm okiem patrzący w życie, mający ser- 
ce, zdolne, do miłości i wolę do podniesienia i 
prowadzania innych ku własnym swoim ideałom, 
Z. PiUckL 
>t 
r
		

/1355955.djvu

			> ^r 21 — 24 stycznia 1909 r. 
^Oplata ta w pierwszym rokn będzie wynosiła 3 
ib. od każdego dostarczonego robotnika. 
Na tem polega w ogólnych zarysach organi- 
aacya i działalność Wydziału najemników sezo- 
nowych. Rzecz prosta, że powołanie do życia 
: 
iej instytucyi nie rozwiązuje w zupełności kwe- 
styi, nie usuwa tych wszystkich trudności i strat, 
}akie wypływają z faktu, że żywiołowy ruch wy- 
chodźczy jest całkowicie bezplanowy i chaotycz- 
ny. Ale na to, żeby wprowadzić gruntowną sa- 
Saćyę, trzeba by mieć zapewnione współdziałanie 
iakich czynników, na które nietylko nie mamy 
wpływu, ale które u nas zgoła nie istnieją. Nie 
obniża to jednak bynajmniej znaczenia działalno-: 
ici Wydziału. Jeżeli instytucya ta zdoła dobrze 
wykonać zadanie, dla którego stworzouą została, 
jeżeli zdoła oprzeć się na zdrowych podstawach 
pośrednictwa pracy w rolnictwie, to zrobi rzecz 
dobrą i pożyteczną, zapełni w naszem życiu spo- 
łecznem pewną lukę, której istnienie coraz silniej 
wo znaki się daje. 
J. G. 
Walka „bez rezultatów." 
Postępowa prasa rosyjska doniosła o intry- 
gach „skrajnej prawicy" w celu obalenia gabi- 
netu Stołypina. Terenem intryg tym razem by 
la Rada Państwa. Większości rządowej, t. j . 
„październikowcom" udało się podobno zażegnać 
ha razie groźne niebezpieczeństwo, w ten sposób 
W toczącej się oddawna za kulisami wewnętrznej 
polityki rosyjskiej walco przeciwko obecnemu 
(rządowi zbyt ^liberalnemu" dla jednych, zbyt 
^reakcyjnemu'" dla drugich nastąpiło zawieszenie 
ibroni, okres „skupienia sił" do przyszłych ata- 
ków. Charakterystyczną cechą tej toczącej się 
od chwili zwołania trzeciej Dumy walki jest to, 
Że dotychczas żadna ze stron nie odniosła sta 
nowczego sukcesu. 
„Skrajna prawica" zdobywa 
Wprawdzie drobne sukcesy, ale nie może dopiąć 
ostatecznego celu; „październikowcy" bronią do- 
tąd skutecznie rządu, ale nie mogą zabezpie- 
czyć się od ciągłych, coraz silniejszych ataków. 
Walczące obozy wyrobiły sobie stałą taktykę 
napadu i obrony. W chwilach szturmu ze 
„skrajnej prawicy" i jej sojuszników ze „skrzy 
dła przeciwległego" centrum rządowe chwyta się 
dosyć skutecznego sposobu: „pokazuje zęby" i 
straszy „sfery" ogólną nieubłaganą opozycyą. 
Organy urzędowe „październikowców" są pełne 
okrzyków bojowych, ministeryalna zaś Eossija 
występuje w roli pośrednika łagodzącego zatarg 
i nie szczędzącego nawet ojcowskich napomnień 
zbyt gorącym „październikowcom". 
Kiedy bez- 
pośrednio niebezpieczeństwo mija, wtedy organy 
„październikowców" z gazetą Gołos MosJcwy 
na 
czele, zmieniają odrazu ton i głoszą, iż wszystko 
fest jaknajlepiej. Natomiast Eossija zamieszcza 
zwykle kilka artykułów, wymierzonych przeciw- 
ko rewolucyi z „prawicy i lewicy." 
I ostatnie 
zaostrzenie się walki miało ten sam charakter. 
„Paidziernikowcy" po oświadczeniu, iż gotowi 
są zrobić więcej, niż pokazać zęby, zupełnie nie- 
spodziewanie zmienili ton i są zadowoleni ze 
stanu rzeczy, Eossija zaś wystąpiła z artykułem 
,Wstępnym przeciwko „zjednoczonym wrogom po- 
rządku". 
„Podczas—pisze Eossija—kiedy 
jedni 
starają przedstawić obecną chwilę w postaci ja- 
kichś gwałtownych zapędów reakcyjnych władzy, 
drodzy powtarzają dzień w dzień, że władza za- 
nadto powoduje się nadzieją na możliwość poko- 
|jowego odrodzenia i za mało stosuje rcpresyi. 
iŻdawałoby się, że takie zapatrywania są do te- 
go stopnia sprzeczne, iż żaden związek nie może 
istnieć między niemi. W rzeczywistości, jednak 
jest inaczej. 
I oi, którzy oskarżają rząd o stosowanie zby- 
lecznycL represyi, i ci, którzy żądają zwiększe- 
nia ropresyi, mają tei same cele, nie mające nic 
Wspólnego ż wysuwanemi na pierwszy plan. Po- 
litycy tego rodzaju nie dbają wcale o realne in- 
|teresy kraju, o wytworzenie warunków normal- 
nego stopniowego rozwoju, chcą tylko dowieść, że 
Ibez nich, a przynajmniej pomimo nich, krajowi 
|grożą wszelkiego rodzaju niobei.pieczeństwa. A 
ponieważ, w razie braku niebezpieczeństwa, mo- 
|na go wytworzyć, chociażby próbować wytwo- 
(śyć, więc starają się ze wszech sił i miar do- 
prowadzić kraj do rokoszu. Każdy, oczywiście, 
pracuje po swojemu, jedni liczą na miejską pół- 
inteiigencyę, drudzy—na masy chłopskie, trzeci 
chcą się oprzeć na negacyi uczucia narodowego, 
czwarci—żonglują ciasnym, skrajnym nacyoualiz- 
Eossija uważa, że dzięki niewyrobieniu poli- 
tycznemu Rosyi, robić rokosz bardzo łatwo i ci, 
co popierają rząd, i sam rząd musi z tego po- 
wodu stać ciągld na straży. 
„Nie będziemy roz- 
wijali naszej myśli—pisze dalej Eossija. — To, 
czego jesteśmy świadkami, mówi samo za siebie, 
i „lewica" i „prawica" zarzucają władzę gwałto- 
.wnemi, . krzykliwemi 
pretensyami. Robi się 
wszystkie wysiłki, ucieka się do wszelkich środ- 
ków, ażeby tylko wywołać zamieszki. Jedni ro- 
bią to brutalniej, drudzy—delikatniej. Ale ci i 
tamci mają na celu wszystko, tylko nie dobro 
kraju". 
Eossija jednak nie wątpi, że pomimo wszyst- 
kich wysiłków ze strony „wrogów" i poważnych 
trudności, wynikających z tego, żo „trudno jest 
przekonać ludzi, którzy są podnieceni nerwowo" 
przyszłość należy do „spokojnych, posiadających 
plan pracowników państwowych, a nie do dema- 
gogicznych krzykaczy, bez względu na to, kto oni są 
i jaką jest ich barwa partyjna". 
Jednakże, pomimo tej pewności organu urzę- 
dowego, bodaj, że układ sił walczących jest taki, 
iż „walka bez rezultatów" grozi tem, że przejdzie 
w stan chroniczny, jak przewlekła choroba długo 
jeszcze będzie wycieńczała siły Rosyi, odciągając 
je od tej „twórczej pracy", o którą wszyscy ni- 
by tak się troszczą. 
Ordynacja hr. Krasińskich. 
Zo zgonem hr. Adama Krasińskiego, tak cięż- 
ką wyrządzającym stratę naszemu społeczeństwu 
i tak głębokie budzącym echo powszechnego ża- 
lu 1 współczucia, —łączy się fakt otwarcia spad- 
ku jednej z największych fortun polskich. 
Spadek podwójny. Hr. Adam Krasiński po- 
siadał bowiem wielki majątek osobisty, — któ- 
rym rozporządzić mógł wedle woli, z zachowa- 
niem jeno zawarowanej przez prawo (art. 915 
kod. cyw.) 
1 
/i części mienia dla pozostałej przy 
życiu matki, oraz zastrzeżonej w intorcyzie ren- 
ty dla owdowiałej małżonki, — i majorat rodo- 
wy, w postaci „ordynacyi hr. Krasińskich", sta- 
nowiącej całość nietykalną 1 ulegającej spadko- 
braniu wedle zasad, w statucie ordynacyi stale 
określonych. 
Osobistą własnością ś. p . hr. Adama Krasiń- 
skiego były i znaczne kapitały, i dobra ziemskie 
(między innemi, Ursynów pod Warszawą)—z któ- 
rych zresztą dwa rozległe majątki: Krzyżkowice 
(w gub. radomskiej) 1 Sliwno (w gub. grodzień- 
skiej) sprzedano niespełna przed rokiem, — i 
nieruchomości miejskie. Śród tych ostatnich wy- 
różniać należy powszechnie znany„pałac hr .Krasiń- 
skich" na Krak. -Przedm. 
— 
ongi własność Ma- 
łachowskich, w roku zaś 1803, wnet po zaślubi- 
nach Wincentego Krasińskiego z księżniczką Ma- 
ryą Radziwiłłówną, darowany nowożeńcom przez 
ojczyma panny młodej, Stanisława Małachow- 
skiego. 
Oprócz zaś majątku rodowego 1 osobistego, 
jeszcze i trzeci rodzaj mienia znajdoAYał się w 
posiadaniu zmarłego magnata. 
Mówimy o rozległych dobrach Knyszyńskich, 
położonych w gub. grodzieńskiej pomiędzy Go- 
niądzem a Knyszynem. 
Dobra te, jako starostwo niegrodowe Kny- 
szyńskie w województwie Podlaskiem, w r. 1659 
były oddane przez Rzeczpospolitą w zastaw Or- 
settiemu za olbrzymią na owe czasy sumę 553 
tys. złotych polskich. Wykupił je z zastawu 
Jan Gniński, wojewoda chełmiński, 1 skarbowi 
Rzeczypospolitej w r. 1671 powrócił, pod wa- 
runkiem, ażeby przez szereg pokoleń w rękach 
jego potomków pozostawały. Z tej racyi dobra 
Knyszyńskie, po zgonie wojewody Gnińskiego, 
przeszły kolejno do Czapskich, 1 do ks. Domini- 
ka Radziwiłła, poczem skonfiskował je skarb pru- 
ski. Wszelako, ożeniony z ks. Maryą Radzi- 
wiłłówną Wincenty Krasiński zdołał w r. 1806 
odebrać bezprawnie zagarnięty przez Prusaków 
majątek, który odtąd w jego rodzie się utrzy- 
mał. 
Dobra Knyszyńskie, prawem dożywotniego 
użytkowania, obejmie obecnie hr. Karol Raczyń- 
ski, jako przedstawiciel tegoż, co zmarły, hr 
Adam Krasiński, pokolenia potomków Wincente- 
go Krasińskiego. 
0 tem, na kogo spadnie dziedzictwo osobistej 
fortuny hr. Adama Krasińskiego, rozstrzygnie te- 
stament, który niechybnie istnieje, lecz będzie 
otwarty i ogłoszony dopiero po powrocie do 
kraju matki 1 żony nieodżałowanego obywatela 
kraju. 
Inaczej z ordynacyą. Ta, w myśl swojego sta- 
tutu erekcyjnego, przechodzi na hr. Józefa Kra- 
sińskiego z Radziejowic. 
. 
Ordynacya hrabiów Krasińskich jest względ- 
nie niedawnego pochodzenia. 
Fundatorem jej 
był hr. Wincenty Krasiński. 
Statut ordynacyi, zatwierdzony przez ukaz 
z dnia 5/17 lipca z 1844 r., mieści się w tomie 
35-t .ym dziennika praw Królestwa Polskiego. 
Dobra ordynacyi obejmują 500 włók obszaru 
(15,141 morgów) — w tem 210 włók lasu. 
Głównym majątkiem ordynacyi jest Opino- 
góra w pow. ciechanowskim, w gub. płockiej. 
Obok Opinogóry lub w pobliżu leżą i pozostałe 
folwarki ordynackie, jako to: Wierzbowo, Kołaki, 
Kołaczkowo, Czerniec, Pomorze, Pomorko, Katy, 
Grzędzlce, Ościsłowo, Tatary, Rży, Kuchary, 
Dzbonio, Rombierz, Ostrowąż, Prążewo, Zekowo, 
Lekowice, Chruszczewo, Pechcin, Sarnowa Góra, 
Gutkowo, Nowa Wieś, Soboklesza, Drążewo, Go- 
stomin, Połuki, Gołoty, Boguszyn. 
Oprócz majątków ziemskich 1 funduszów w 
gotówce, do ordynacyi hrabiów Krasińskich jako 
część jej składowa należy powstała z muzeum 
Konstantego Swidzińskiego, bogata „Biblioteka 
ordynacyi Krasińskich" i wspaniała zbrojownia. 
Z powyższego wynika, że ordynacya hr. Kra- 
sińskich jest fortuną olbrzymią, — jedną z tych, 
które nadają swojemu posiadaczowi wybitne zna- 
czenie, ale zarazem i wkładają nań wybitne 
woboc kraju obowiązku. Sam zresztą obszar 
dóbr Opinogórskich obejmuje przestrzeń bardzo 
znaczną, przestrzeń, która czterokrotnie przenosi, 
np. obszar księstwa Monako, stanowiącego pań- 
stwo odrębne... 
Ordynacyę hr. Krasińskich zowią toż „ordy- 
nacyą opift.pgórską" od miana głównego jej ma- 
jątku. 
Z Opinogórą łączą się wspomnienia zamierzch- 
łej naszej przeszłości; tu bowiem wznosił się 
ongi dwór myśliwski książąt mazowieckich i tu- 
taj też w r. 1454 zmarł Bolesław ks. Mazowiec- 
ki. Pamięć jego uprzytomnia pomnik, wzniesio- 
ny w parku opinogórskim przez gen. Wincente- 
go- Krasińskiego. Kościół zaś opinogórski zysku- 
je obecnie pomnik Zygmunta Krasińskiego. Wiel- 
kiego dziada swojego uczcił w ten sposób świe- 
żo zmarły ordynat. 
Së&t&tkS I'd§§3§§ogr&fBezss&. 
— 
W Telcach grona konserwatorów Galicyi Zachód 
niej, jako tom IV jego wydawnictw, wyszło wspaniałe 
dzieło, poświęcone opisowi zabudowań Wawelu i jego 
dziejom. („Wawel". Tom I-szy. „Zabudowania Wawelu 
i ich dzieje"). Opisał dr Stanisław Tomkowicz. 
Za- 
miar tego wydawnictwa powstał w gronie konserwatorów 
Galicyi Zachodniej bardzo dawno, na pierwszą wiado- 
mość, i i rozpoczynają się układy o wprowadzenie na- 
reszcie w czyn długoletniego pragnienia opinii kraju i 
narodu, by stary zamek królów poiskich przestał byó 
koszarami załogi wojskowej, a przywróconą mu została 
godność rezydencyi monarszej. Obecnie myśl swoją, po- 
święcenia osobnej publikacyi wyłącznie zamkowi kró- 
lewskiemu na Wawelu, mogło Tow. konserwatorów u- 
rzeczywistnió, dzięki zasiłkowi przyznanemu przez Sejm. 
Po długich i mozolnych poszukiwaniach i badaniach, 
materyał bardzo obfity ale rozproszony w wielu miej- 
scach (Warszawa, Kraków, Lwów, Wiedeń, Berlin, Dre- 
zno, Petersburg)—został zebrany i zredagowany. Na 
podstawie tych materyałów tak drukowanych, jak ar 
chiwalnych i graficznych, powstał niniejszy I-szy tom 
wydawnictwa, zawierający zarys historyczny dziejów bu- 
dynków zamkowych,—z wykluczeniem katedry, której 
prof. Tadeusz Wojciechowski jui dawniej poświęcił o 
sobną a znakomitą monografię. Pomieszczono w tym 
tomie 100 ilustracyi, które bez szkody dla rzeczy dały 
się zmieścić w formacie książki. Uzupełnienie części 
ilustracyjnej stanowi „Atlas", w większym formacie wy- 
dany, w którym znalazły miejsce wszystkie plany i wi 
doki jysunkowe większe. 
Szanownych prenume- 
ratorów prosimy o ure- 
gulowanie przedpłaty 
za 1 kwartał 1909 r. 
przed 30 stycznia r. b., 
gdyż wszystkie nieo- 
płacone we wskaza- 
nym terminie egzem- 
plarze dnia 1 lutego 
będą, wstrzymane. 
A 
sSmmssir^ssya- 
Wiadomości bieżące. 
Kalendarzyk. 
Niedziela: Tymoteusza B. 
Poniedziałek: Nawr. św. Pawła, 
Wtorek: Polikarpa, Pauli. 
Środa: Jana Złotoustego. 
Czwartek: Obj. św. Agnieszki. 
Piątek: Franciszka Saiezego. 
Sobota: Martyty P. M. 
Niedziela: Piotra Nalasko. 
Chwaliboga. 
Miłosza. 
Skarbimira. 
Przybysława. 
Kadomira. 
Zdzisława. 
Dobrogniowa. 
Bpitoguiewa. 
Dnia 24 stycznia: wschód słońca 7.57, zachód 4.28, wschód 
księżyca 9.46 r., zachód 7.48 w. 
Zbiory Muzeum przemysłu 1 rolnictwa Krak. -Przcdmie- 
ście 66—otwarto codziennie, prócz poniedziałków, od godz. 
10-oj zrana do 3-oj po pol. 
Gaisrys obrazów Muzeum sztuk pięknych (lokal Mu- 
zeum, Wierzbowa 11)—otwarta wo wtorki, czwartki i nie- 
dziele od godz. 11-ej przed poł. do 3-oj po poł. Wejście 
bezpłatne. 
— 
Według opracowanego przez ministeryum 
spraw wewnętrznych projektu legalizacyi wy- 
znania maryawickiogo w Królestwie Polskiem, 
projekt przowiduje utworzenie gmin wyznanio- 
wych maryawickich, oraz udzielenia takim gmi- 
nom zasiłków z kas podkładnego. 
— 
Ministeryum oświaty poleciło kuratorowi 
okręgu naukowego zalecić radom pedagogicznym 
niższych szkół rzemieślniczych powiększyć liczbę 
godzin lekcyi języka rosyjskiego i arytmetyki na 
III kursie tych szkół, w zamian zaś zmniejszyć 
liczbę godzin wykładów praktycznych. 
— 
Ministeryum oświaty zawiadomiło kurato- 
ra okręgu naukowego warszawskiego, że w sze- 
regu niepożądanych zjawisk, które w czasach 
ostatnich ujawniły się w życiu szkoły średnioj, 
jest do zaznaczenia słaby udział przełożonych w 
prowadzeniu powierzonych im szkół i przekazy- 
wanie pieczy nad nimi zastępcom. Minister o- 
światy poleca zwrócić uwagę na działalność dy- 
rektorów szkół 1 składać mu o tem sprawo- 
zdania. 
, 
KURYER MIEJSKI. 
— 
Wezwanie do składek. 
J. E. arcypiskup warszawski wydał odezwę 
do duchowieństwa archidyecezyi warszawskiej o 
zbieranie składek na ofiary trzęsienia ziemi we 
Włoszech. Proboszczowie kościołów w najbliż- 
szą niedzielę po odebraniu odezwy mają o tom 
zawiadomić lud z ambon, w następną zaś nie- 
dzielę zaofiarowane składki zebrać na tace 1 za 
pośrednictwem dziekanów przesłać na ręce 
J. E. arcybiskupa. Zebrane ofiary przesłane zo- 
staną następnie do rozporządzenia Ojca Ś-go, 
który dla nieszczęśliwych ofiar szpital urządzić 
polecił i nad bezdomnymi opiekę rozciągnął. 
— 
Z Kursów naukowych. 
Sekcya Techniczna Towarzystwa Kursów Na- 
ukowych podaje do wiadomości, żo w dniu 1-go 
lutego r. b. rozpoczyna wykłady i ćwiczonia na 
kursie wstępnym z algebry, geometryi, trygono- 
metryi i kreśleń, — na semestrze II-gim z mate- 
matyki wyższej; mechaniki, fizyki i chemii,— na 
semestrze IVtym z matematyki wyższej, fizyki, 
mechaniki, statyki budowlanej 1 mechanicznej, 
technologii i części maszyn. 
Wszystkie zajęcia odbywają się od 5-ej do 
i 
9-ej wieczorem. 
Zapisy przyjmuje kancelary*. 
T. K . N. przy ul. Włodzimierskiej Nr. 3/5 yf 
gmachu Stowarzyszenia Techników. 
— 
Ze stowarzyszenia techników. 
Do Rady stowarzyszenia zostali wybrani n^ 
ostatniem zebraniu ogólnem pp.: Piotr Drzewiec- . ' 
ki, Eberhardt, W. Wańkowicz, Świda, E. Szen- 
feld, Bendetson, Wł. Łatkiewicz. A. Ponikowski, 
J, Holewiński, W. Wiśniewski, P. Ruszkiewlca 
i E. Lilpop. 
i 
Wniosek jednego z członków, ażeby nie sta- 
wiać na kandydatów do Rady współpracowników" 
i przedstawicieli firm niemieckich upadł, albo-] 
wiem uznano, iż choć w zasadzie jest on sympa- 
tyczny, jest jednak niewykonalny. Biuro ir.for-' 
macyjne o źródłach wytwórczości udzieliło w clą-' 
gu roku zeszłego 308 odpowiedzi na zapytania 
nadsyłane z różnych stron świata. 
/ 
— 
Z Towarzystwa prawniczego. 
W dniu 29 stycznia r: b. o godz. 8 wlecz.' 
odbędzie się posiedzenie sekcyi ekonomicznej,. 
Porządek dzienny; „Przyszłość ekonomiczna Pol- 
ski", referent p. St. Pyrowicz. W dniu 6 lute-' 
go r. b. o tejże godzinis odbędzie się posiedzę-' 
nie sekcyi prawa państwowego. 
) 
Na porządku dziennym jest referat p. Bouffała 
„Bosfor i Dardanele ze stanowiska prawa mię- 
dzynarodowego". 
j 
— 
Spółka artystów. 
Spółka artystów malarzy 1 rzeźbiarzy (Krak.* 
Przedm. 6) w dniu 28 b. m . otwlora „wystawy 
waehlarzy\i uprasza Kolegów, jakotet należących 
do spółki o wzięcie udziału. W formie polectu' 
się zastosowanie do mody lub kostyumów sty- 
lowych. 
Przytem uprasza się o nadsyłanie do wysta- 
wienia wachlarzy z dawniejszych epok dla ëcha*' 
raktoryzowania toj gałęzi sztuki. 
— 
Odczyty. 
Przypominamy, Iż dziś o godz. I -ej w poł,/ 
w wielkiej sali Filharmonii odbędzie się odczyt 
prof. Wincentego Lutosławskiego, na którynt' 
prof. L . mówić będzie „0 psychologii sakramen-' 
tów", 
/ 
— 
Ozdoby na zeszytach szkolnych. 
Jeden z artystów malarzy opracował seryą 
portretów ludzi zasłużonych, które, wraz z krót- 
kieml życiorysami, będą umieszczane na kajetach 
szkolnych. Do zeszytów rysunkowych p. P. za- 
stosował ozdoby pod postacią widoków, ruią 
oraz gmachów pamiątkowych w kraju. Pomyśli 
został opatentowany. 
— 
Organizacya szulerów kolejowych,. 
O działalności tych szulerów pisano już nie- 
raz, ostrzegając, przed Ich oszustwami. Obec- 
nie U. Leb. podajo ciekawe szczegóły o ich or< 
ganizacyi. Szulerzy dzielą śród siobi* éystansa 
kolejowe. Jedna grupa obrabia kolej Petersbur- 
ską między Warszawą a Białymstokiem, druga 
Nadwiślańską na przestrzeni Warszawa-Kowel, 
trzecia wreszcie Terospolską na przestrzeni 
Warszawa-Brześć. Taktyka ich wymaga, ażeby 
wciągać do gry jedynie w czasie podróży do 
Warszawy, a nie wyjazdu z Warszawy. W żar- 
gonie szulerów każda grupa nazywa się „ko- 
lejką", przyczem grupa z kolei Petersbur- 
skiej 
nazywa 
się 
„kolejką Krynkowską", 
ponieważ wszyscy uczestnicy pochodzą z mia- 
steczka Krynki w gub. grodzieńskiej, stanowiąo 
jedną rodzinę, która obejmuje dziedzicznie sta- 
nowisko szulerów po ojcach. Grupa Nadwiślam 
ska nazywa się „kolejką Grajewską" (z Grajewa, 
w ziemi łomż.), terespolska zaś — siedlecką. 
Ostatni mieszkają stale w Warszawie. Szulerzy 
mają t. zw. „chajzówkę" (monopol) 1 nie przyj- 
mują nowych uczestników, pozbywając się kon- 
kurontów różnymi sposobami. Monopoliści mają 
prawo sprzedawać swój udział w „kolejce" ob- 
cemu za pewną sumę. Mówią, że syn zmarłego 
szulera otrzymał za to zastępstwo 2,000 rubli. 
Najlepsze interesa robią szulerzy z „kolejek* 
Nadwiślańskiej i Terespolskiej, gdyż tędy przy- 
jeżdża do Warszawy mnóstwo kupców bardzo 
bogatych, którzy nie żałują na grę pieniędzy. 
— 
Ostatnia posługa. 
Wczoraj, o godz. 3 -ej po poł., 
w kaplicy 
cmentarza ewangelicko-augsbursldego, zebrał siq, 
liczny zastęp publiczności, celem oddania ostafc 
niej posługi zwłokom ś. p: Gustawa Gebethnera. 
Na cmentarzu pożegnał ś. p. Gebethnera pastor' 
Julian Machlejd w słowach pięknych 1 podnio- 
słych. Smutnemu obrzędowi towarzyszyły ża- 
łobne pienia chóru artystów opery. 
Książka o Matejce). 
Stanisław Witkiewicz jest jednym z najnie- 
pospolitszych umysłów polskich doby dzisiejszej, 
jprzeto wszystko, co powić i napisze, ma niezwy- 
kłą wagę, jako rzecz głęboko przemyślana. Ma 
przytem Witkiewicz jedną jeszcze właściwość — 
/jest poetą, to znaczy naturą wrażliwą, czujną i 
twórczą, co sprawia, żo wszystko, co on powie, 
posiada plastykę nietylko zewnętrzną, objawiają- 
|cą się w wytworności formy, lecz i wewnętrzną 
|plastykę treści, pochodzącąz promieniowania jego 
silnej indywidualności. 
Obecna książka o Matejco jest już trzeeiéin z 
^kolei wypowiedzeniem się autora o tej niezwy- 
kłej, tytanicznej osobistości naszego malarstwa. 
OKOIO dwudziestu lat temu Witkiewicz pisał o 
Matejce po raz pierwszy. Niechętny lub uprze- 
dzony człowiek pó przeczytaniu tych artykułów 
powie, że Witkiewicz źle i niesprawiedliwie wów- 
czas obszedł się z Matejką. Ja powiem co inne- 
go. Niewątpliwie, Witkiewicz wówczas jeszcze 
ani pojął, ani ocenił Matejki tak, jak go poj- 
muje i ocenia dziś. Ale zarazem powiedzieć 
trzeba, a mówiąc, podkreślić to, że Witkiewicz 
'pierwszy z piszących wszedł na drogę właściwą 
do ocenionia artystycznej wartości Matejki. On 
pierwszy ominął bałwoch walczę, a bezkrytyczne 
panegiryki pisane na cześć kartek tytułowych, 
pierwszy ośmieszył zmierzającą do absurdu ana- 
lizę symbnliczno-spektralną. Lecz wówczas Wit- 
kiewicz bliżej był sercem i duchcm.temu wszyst- 
kiemu w sztuce, co jako żywe a młode pędy 
|kiełkowało na zachwaszczonej zdechłemi doktry- 
nami glebie, podsycane ożywczemi powiewami 
Zachodu. 
* 
Witkiewicz widział w ówczesnym Matejce 
tęgiego artystę— alo równocześnie czuł obok sie- 
bie i w sobie to kiełkujące młodo, bujne życie 
sztuki przygniatanej. Temu był bliższy, od- 
czuwał mocniej duchowy ucisk, jaki pośrednio 
na młodą sztukę wywierało w bezkrytycznem 
społeczeństwie niezwykło stanowisko Matejki. 
Twórczość Matejki rozrastała się jak potężny 
dąb—lecz magowie skupieni pod wyniosłością jego 
konarów, hypnotyzując artystyczną świadomość 
ogółu, podawali go za narodowe „Tabu", wobec 
którego uicgodnem jest inne drzewa tolerować 
*) Matejko. Napisał Stanisław Witkiewicz, t 275 
ijlustracyaoii. Wydawnictwo Towarzystwa Nauczycieli 
ół wyższych w* Łwowi*. 
na tej samej ziemi, i zalecali przeszczepiać dębo- 
we odrośle. I poczęły się dziać rzeczy smutne 
i szkodliwe dla roŁWoju polskiej sztuki. Rzuco- 
no się do sztucznej hodowli ablegrów ducha Ma- 
tejkowego, i wyniszczano ogniem szykany i lek- 
ceważenia wszelkie objawy ducha samorodnego. 
Wówczas wystąpił Witkiewicz, a wystąpił nie 
tyle jako krytyk i analityk starannie odważają- 
cy wartości, ile jako polemista, jako Wyrwi-dąb 
bojownik, który wszystko, co miał, bardziej waż- 
kiego pod ręką, chwytał i ciskał na głowy zato- 
pionych w niemylności swej magów. Była to 
walka homeryczna, a każdy potężny cios dalekiem 
echem rozlegał się, budząc dreszcŁ oburzenia 
w starych i niemy podziw śród młodych, 
Witkiewicz wówczas użył Matejki jako naj- 
potężniejszego taranu. Chcąo pokazać nędzę ar- 
gumentów i brak wszelaki znawstwa sztuki u 
swoich przeciwników, szukał przedewszystkiem 
słabych stron w obrazach Matejki, by temi 
słabemi 
stronami, bezkrytycznie podniesiono- 
mi 
do wartości 
najwyższych 
zalet, wyka- 
zać całą nieudolność, całą pustkę swych prze- 
ciwników, jako krytyków. 
Że nie tyle cho- 
dziło wtedy o samego Matejkę, ile o to, ażeby 
dowieść, że ci, co tak błędnie o nim sądzą, nie 
mają danych do kierowania opinią artystyczną— 
po wniknięciu w treść tych polemik łatwo osą- 
dzić. Dziś, gdy widzimy już tylko broń i środ- 
ki do walki użyte, a nie odczuwamy warunków, 
w jakich bój się odbywał, nié oceniamy ustosun- 
kowania sił stron obu, to polemiczne artykuły 
Witkiewicza, ocenione jako studya krytyczne, 
wydadzą się zbyt namiętne,stronne iw stosunku 
do Matejki krzywdzące. 
Postaci, które tworzył Matejko, to nie są kró- 
le, książęta i rycerze, których należy przeciw- 
stawić równie pociągającym dla malarza typom 
Bartków, Wojtków i Kasiek, skrobiących rzepę. 
Postaci Matejki to bohaterowie, indywidualności 
niezwykłego w sztuca znaczenia, przeciwstawione 
temu wszystkiemu, co w jednym wyrazie: tłum, 
zamknąć można. 
I dlatego wszystkie to „Wjazdy", „Alarmy", 
„Zaślubiny", „Potyczki", XV-go i XVI-go wieku, 
malowano w swoim czasie tuzinami przez wycho- 
wańców szkoły krakowskiej, nio były rodem z 
ducha Matejki. Były to sztuczne kultury, ho- 
dowane pod jego bokiem przez bezkrytycznych 
a często fałszywych Matejki wyznawców. Duch 
Matejki promieniował przedewszystkiem w jego 
własnych dziełach, a jeżeli wylewał się na in- 
nych, jeżeli zapładniał twórczość dusz innych, to 
nie w kagaukowej produkcyi ówczesnej szkoły 
krakowskiej gzuktó go należa|ło. Matejko po- 
siał zostawić i zostawił dziedzictwo duchowo. 
A komunią ducha jego dzieliło się i dzielić bę- 
dzie wiélu. Czyż i Witkiewicz dzisiejszy nie 
nosi w sobie cząstki tej komunii? 
Gdy stykam się z tem, co pędzlem i piórem 
stworzył Wyspiański,gdy widzę tę przedziwną 
skłonność, z jaką całe pokolenie pojęło intencye 
i treść twórczości Wyspiańskiego, gdy czytam, 
jak Witkiewicz żąia od narodu, by za cztery 
wyrazy—hasła, rzuconego przed wiekiem Ojczy- 
źnie, postawić pomnik Wybickiemu, a stworzyć 
go z płaskorzeźbionych dzieł Matejki, to powie- 
dzieć muszę: Istnieje ciągle „szkoła" Matejki, 
jeżeli promieniowanie twórczego ducha podoba 
nam się nazywać „Szkołą". 
Nieraz słyszałem i słyszę złorzeczenia: 
— 
Witkiewicz zatruł mi duszę! Jak dławiec 
opętał młodość moją i rzucił mnie w prze- 
paść, zkąd latami mozolnie się wydobywam, 
szczęśliwy, że wydobyć się mogę. 
Odpowiem na to: 
— 
Niesprawiedliwi jesteście. Prawdą jest, żo 
o Witkiewiczu rzec można to, co on sam powie- 
dział o Hipolicie Tainie, „iż siłę swoich dowodów 
potęgował niezrównanym stylem, przenoszącym 
myśl nad przepaściami sprzeczności, jak skrzydła 
potężnego ptaka". 
Dlaczegoście dali się nosić 
skrzydłom stylu, a nie potędze dowodów? Przecz 
winicie go zato, żeście go nie zrozumieli, żeście 
mniejszym skłonnościom swoim dali przewagę nad 
większemi, dyspensę czyniąc z fałszywie u- 
chwyconego zdania? 
— 
I powiem wam, żo stokroć gorsze były 
zatrucia ducha, czyniono ongi w krakowskiej 
szkole nad rzeszami słabych u stóp tronu Ma- 
tejkowego. I liczcie trupy, zwalone od tej tru- 
cizny na p"ola estuki polskiej. 
Jeżeli błogosławieństwem jest losu, żo dał ma- 
larstwa polskiemu Matejkę, to błogosławić trze- 
ba go także, że równocześnie wystąpił Witkie- 
wicz. 
Matejko wzniósł ogromny kasztel sztuce pol- 
skiej, u którego stóp mogły się kupić małe le- 
pianki jego kmiotów. Witkiewicz wytknął ol- 
brzymi krąg wokoło na ziemi pod przyszły wiel- 
ki, kipiący życiem gród sztuki polskiej. A, być 
może, przyjdą jeszcze czasy, gdy krąg wytknięty 
na granice grodu okaże się za ciasny i przesuną 
go dalej, lecz kasztel Matejkowy wznosić się w 
nim będzie i błyszczeć jak teraz, stoi bowiem 
wysoko i mocno, bo jego fundamentem jest 
naroi|u i potęga geniuszu. 
" 
, 
Od epoki panowania tych zapatrywań na ma- 
larstwo, które się urodziły w drugiej połowie ze- 
szłego wieku i wyraziły w hasłach bezwzględnej 
prawdy i natury, do dziś uszliśmy już kawał 
drogi. I Witkiewicz w swych zapatrywaniach 
na sztukę poszédł dalej wraz z całem jednem po- 
koleniem, o któro walczył i wśród którego pr?,e- 
bywa ciągle jako „swój", rozumiany i rozumieją- 
cy, jako bliski i miody. Poszliśmy dalej, a ów- 
czesne wymagania i zdobycze malarstwa przy ca- 
łej ich słuszności, wartości i sile odświeżającej, 
nie mogą już mieć dla nas w ocenie malarstwa 
takiego znaczenia, jak miały może dawniej. Dziś 
rama obrazu nie ma już być koniecznie „oknem 
na naturę"; skomplikowany rozkład światła plein- 
air'owego nie jest już tym piorwszorzędnym 
sprawdzianem w ocenie prawdy artystycznej. 
To, co było najsłabszą stroną obrazów Matejki, 
wadliwy, częstokroć aż do naiwności rozkład świa- 
teł, fałszujący wrażenie optyczne kompozycyi, nie 
liczone już jest teraz za wadę tak kardynalną, 
jak właśnie w epoce kultu dla prawdy optycznej. 
W tem rozszerzeniu swobody pojęć na środki ar- 
tystycznego wypowiadania Bię, dzieła Matejki 
bardziej jeszcze potężnieją, jego potęga twórcza 
aż nadto znajduje środków we własnym talencie 
malarskim do zupełnego wypowiedzenia się. Wi- 
dzieliśmy już obrazy tak poprawne, że nio im 
zarzucić nie można, oprócz pustki, która z nich 
wieje. Widzieliśmy tych obrazów tysiące, choć- 
by na dorocznych Salonach paryzkich. Wobec 
nich Matejko występuje jako twórca, bez zastrze- 
żeń wielki: nietylko jako duch poczynający, lecz 
także jako wykonawca — malarz. 
To, co dziś w świeżo wydanej książce mówi 
Witkiewicz o Matejce, w stosunku domyśli, wy- 
powiedzianej dawniej, nio może być nazwane ani 
zwrotem, ani odwołaniem. To, co dziś mówi, 
jest pogłębieniem dawnych jego na Matejkę za- 
patrywań. Z książki tej widać, że Witkiewicz, 
zanim ją napisał, jeszeze powielekroć przemyślał 
Matejkę głęboko i jako artystę i jako człowieka. 
Gdy mówi: — „Wobéc świata sztuki myśl 
ludzka stoi ciągle, jak wobec najbardziej pocią- 
gającej, czarującej i drażniącej zagadki"--widzimy 
jak z przed oczu naszych znika ów dawny Wit- 
kiewicz, świetny polemista, inteligentny, utalento- 
wany i śmiały krytyk, któremu łatwo było usta- 
wić pod swoim kątem krytycznym każde zja- 
wisko artystyczne, każdy utwór ludzkiego ducha. 
Z tych słów dzisiejszej książki przeziera czło- 
wiek postokroć dojrzalszy, głęboki myśliciel, któ- 
remu wszelkie dostępne mózgowi sposoby anali- 
zowania ducha ludzkiego zdają się zbyt wątłe 
ii, zawodne do stworzenia doskonałei syntezy. Zna 
jui całą warunkowość tej analizy iwarunkowość 
sprawdzianów, opieranych na warunkowych kru- 
chych prawdach estetycznych. I dlatego mówi:- 
„W życiu Polski jest on (Matejko,) zjawiskiem 
nagłem, niespodzianem, bez poprzedników, bez.' 
zwiastunów. Wysunął się on na powierzchnig 
tego życia, jak z głębi oceanu wysuwa się wul- 
kan, wysadzony przez nieznane bezpośrednio 
przyczyny." 
Wobeo tajemniczości tego zjawiska 
ducha, nie próbuje dać mu nazwy, numeru po- 
rządkowego, woli natomiast odsłonić jego potęgę, 
i czyni to z subtelnem wyczuciem i znawstwem. 
Postać za postacią, głowę za głową z cudo- 
wnych kreacyi Matejki przegląda Witkiewicz o-" 
kiem myśliciela i artysty. Ile jest tych postaci 
—a jest ich tysiące w olbrzymiem dziele Matej- 
ki—Witkiewicz w każdej odszukuje głębie tej. 
wulkanicznej siły twórczej, bez względu na epo-' 
kę i warunki, w których danem było każdej a 
tych postaci działać. 
; 
W sile i potędze wyrazu duszy," wydobytej 
na oblicze każdej postaci, widzi główną potęgę' 
Matejki jako twórcy i odnajduje istotę jego oso-. 
1 
bowości. A w krótkiem zdaniu, którem kończy 
książkę, daje niejako konspekt wszystkiego, coj 
szczegółowo roztrząsnął. Mówi tak: „Miał oni 
(Matejko) wiele wad, których unikają nawet 
średnie talenty, ale miał jedną bezwzględną sta* 
letę—tworzył arcydzieła". 
Książka o Matejce jest bardzo bogato ilustro-' 
wana. Posiada 267 doskonałych reprodukcyi i 
dzieł Matejki, mądrze wybranych i poglądowa 
oświetlających to, na co autor chciał nacisk po- 
łożyć. Czytelnik Bpotka tam całe dzieła, albo 
też grupy, lub nawet w oderwaniu podane samqj, 
głowy postaci, na które autor chce nacisk po-* 
łożyć. W książce tej jest też kilka wytwornych 
reprodukcyi wielobarwnych, które choć w przy** 
bliżeniu. podają niektóre mniej znane dzieła Ma- 
tejki. Jest bowiem smutnem to, że dzieła Ma- 
tejki są rozproszone, i wiele z nieh, ukrytych 
prywatnych zbiorach, tylko dla wybranych są' 
dostępno. Niektóro zaś, jak „Rejtan , są wśróĄ, 
obcych. 
Książka Witkiewicza, choć doniosłego zna-- 
czenia, nie wypełnia jeszcze pustki, między dzie-' 
łami Matejki a polskim narodem istniejącej. Ko-( 
niecznem jest wydawnictwo, specyalnie poświęca*', 
ne reprodukcyi wszystkich wybitniejszych dzie^ 
Matejki, w dużym formacie, w połączeniu z| 
szczegółowym życiorysem, który bywa nleraą 
najlepszym kluczem do zrozumienia dzieł, napo- 
zór niezależnie od warunków życia powstałych." 
r- 
, 
Stefan PopowkŁ
		

/1355957.djvu

			Kawiarniana polityka 
f Prasa ruska jest zaniepokojona z powodu za- 
Jlubin arcyksiężnicki Renaty z Hieronimem ks. 
Radziwiłłem. 
W artykule p. t. „Dynastyczne Interesy" pi- 
sze Bilo między innemi: „Największa prowincya 
Austryi, Galleya, stała się zawiązkiem politycz- 
nej samodzielności polaków, dynastya austryacka 
zabezpieczyła jednej swej gałęzi przyszłość wśród 
polskiego narodu", a wyliczywszy zdobycze Po- 
laków z czasów ery konstytucyjnej, mówi dalej: 
"aPrawno-państwowe punktacye między Polakami 
a dynastyą bezustannie się przeprowadza. Prócz 
tego, zawiera się związki osobiste, których, na- 
eyonalno-politycznej doniosłości prasa polska by- 
najmniej nie zataja: córka rodu Habsburgów, bliz- 
ka krewna monarchy, weszła w związek z moż- 
hym rodem Radziwiłłów". „Przykłady i doświad- 
czenia z historyi rodzinno-dynastycznych zabie- 
gów wszystkich wielkich rodów po wszystkich 
zakątkach Europy uczą nas, że tak jak rodzina 
łrcyksięcia Karola Stefana wśród Polaków, akli- 
matyzują się wśród obcych narodów i państw tyl- 
ko takie odrośle angielskich, niemieckich, wło- 
skich i wszelkich innych dynastyi, którym ta 
Aklimatyzacya daje widoki państwowo-władczej 
przyszłości w danem społeczeństwie". Biło wy- 
jląga konsekwencye, że wobec tego rusinom „nic 
'innego nie pozostaje, jak rozwijać wszechstron- 
nie siły narodowe, póki historyczny rozwój nie 
rozwali przeciwnych nam planów i kontraktów". 
Podobne znaczenie polityczne przypisuje za- 
ślubinom w Żywcu 1 moskalofilski 
Hałyczanin, 
który wie nawet o tem, że „nie od dziś krążą po- 
głoski, że między przedstawicielami polskiej 
szlachty a domem Habsburgów zawarto układ, 
mający na celu odbudowanie państwa polskiego, 
którego królem ma zostać jeden z członków dy- 
nastyi habsburskiej". „0 ile te pogłoski są uza- 
sadnione—pisze dalej Hałyczanin—trudno 
spraw- 
dzić; Wiele jednak przemawia za tem, ie w nich 
może ukrywać się ziarno prawdy". 
(*) Sensacyjny proces. 
Przed kilku dniami zakończył się w mieście 
Itzehoe (w Niemczech), proces zarządcy zakładu 
dla dziewcząt moralnie zaniedbanych, Colondera, 
oskarżonego o nieludzkie znęcanie się nad po- 
wierzonemi jego opiece dziewczętami. Oskarżo- 
nego skazano na dziewięć miesięcy więzienia, 
a kara z tego jedynie powodu wypadła tak ła- 
godnie, że główny świadek zmarł podczas śledz- 
twa, Ale zeznania innych świadków dały obraz 
stosunków, panujących w tym zakładzie „filan- 
tropijnym", przed których opisem wzdryga się 
pióro. Dziewczęta, oddane do teg ofiarą najbardziej wyrafinowanych okrucieństw 
. 
ze strony Colendera, który katował je bezustan- 
- 
nie, przywiązywał łańcuchami do drzwi i okien, 
, a niezależnie od tego, dopuszczał się zwlerzę- 
- 
cych zbrodni, których opisywać niepodobna. Za- 
| kład był instytucyą prywatną, pozostawał jednak 
, pod dozorem kuratoryum 1 władzy państwowej, 
, a mimo to straszliwe te okrucieństwa działy się 
- 
przez lat kilka i dopiero nagły zgon kilku pen- 
- 
syonarek zakładu, spowodowany 
niewątpliwie 
- 
zwlerzęcem znęcaniem się nad niemi, 
zwrócił 
uwagę władzy. Ojciec oskarżonego Colendera 
był dyrektorem kuratoryum. 
(*) Olbrzymi meteor. 
Spadł ubiegłej niedzieli we wsi Ćubilla olbrzy- 
mi meteor, niedaleko Burgos, w Hiszpanii. Miesz- 
kańcy wsi szli właśnie do kościoła, gdy zoba- 
czyli na niebie ogromną kulę ognistą, która spa- 
dała ze straszliwą szybkością, poczem nastąpił 
gwałtowny wybuch i długim 1 głośnym grzmo- 
tem. Przerażeni włościanie myśleli, że nadszedł 
koniec świata 1 padli na kolana. Dom, na który 
spadł meteor, uległ zdruzgotaniu 1 z dwoma są- 
siedniemi stanął w płomieniach. Ody włościanie 
ochłonęli z przerażenia, rzucili się do gaszenia 
pożaru. Gruzy zburzonego domu pokryte były 
masą żelaza krystalicznego. 
"Większe odłamy 
meteoru przesłano do muzeum w Madrycie. 
(*) Spełniona „modlitwa". 
Mesyna była zawsze gniazdem anarchistycz- 
nych i bezwyznaniowych żywiołów. Drukowało się 
tam mnóstwo pism socyalistycznych, prym zaś 
trzymał humorystyczny tygodnik R '1 clefono. 
W piśmie tem w przeddzień katastrofy pojawiła 
się parodya modlitwy do Dzieciątka Jezus, w któ- 
rej między innemi powiedziano na kpiny: 
o bambinello mio — 
vero uomo, vero Dio; 
per amor delia tua croce, 
fa sentir la nostra roce, 
to che sal che non tei ignoto 
manda a tutti un terremoto! 
O dziecię moje! 
prawdziwy człowiecze i prawdziwy Boio! 
przez miłość do twego krzyża 
wysłuchaj naszej prośby: 
ty, który wiesz, ie nie jesteś nieznany 
nawiedź nas trzęsieniem ziemi. 
„Modlitwa" ta pojawiła się dnia 27 grudnia. 
W dobę później znikła i Mesyna i redakcya ty- 
godnika 11 lelejono. 
(*) Buddyzm w Europie. 
Zeszłego lata podróżował po Europie misyo- 
narz buddyjski i zakonnik Bhukkhu Ananda 
Metteyya, Szkot z urodzenia, nazwiskiem Allan 
Bennett Macgregor. Pomimo bardzo krótkiego 
pobytu jego w Anglii i w Niemczech, buddyj- 
skie Tow. Wielkiej Brytanii powiększyło się o 
700 członków. Pierwotnym zamiarem egzotycz- 
nego misyonarza było rozpowszechnienie pojęć 1 
ideałów buddyjskich w Europie, lecz widząc 
niespodziewane powodzenie swojei propagandy 
wpadł Bhulckhu Metteyya na myśl założenia 
klasztoru buddhyjskiego w Anglii i plan ten wy- 
konać zamierza w najbliższym czasie, ku przy- 
padającej właśnie w tych latach uroczystości 
2500-letniego istnienia religii Buddhy. Agitator 
obstaje stanowczo, że buddyzm szczęśliwie roz- 
wiąże dwa najcięższe na zachodzie problematy 
socyalne: nędzę 1 wojnę. Twierdzi on, że w 
buddyjskiej Birmio bogatsi dzielą się z bie- 
dniejszymi, oddając to, co im po zaspokojeniu 
najpierwszych potrzeb zostaje, na klasatory lub 
na gminy buddyjskie, gdyż wyznawca Buddhy 
ma najkategoryczniej sobio nakazane zapobioga" 
nie nędzy bliźnich, o ile to tylko jest w jego 
.mocy, w wojnie zaś brać udziału nie możo, 
gdyż zabijanie uważa buddyzm *a grzech naj. 
cięższy. W ten sposób, według zakonnika Met- 
teyyi, ma przyjść „wybawienie Zachodu" od 
cierpienia. Utopiście hinduskiemu nie przycho- 
dzi na myśl, jak widać, że z charakterem 
Europejczyka - chrześcijanina, 
wręcz się nia 
zgadza idea bezwładności, na której opiera sifl 
system religijny Buddhy. Europejczycy mają 
już odwieczny i potężny czynnik postępu spo' 
łecznego, a tym jest—chrystyanizm. 
ELINORfl GLYN. 
Przygody Eweliny. 
POWIEŚĆ 
Przekład z angielskiego 
tPaniny 
Popławskiej. 
i 
Opowiedziałam, że biedna mama była raczej 
przypadkiem w naszej rodzinie i że już jej 
ftiema. 
— 
Nie wiadomo, widzi pani, kim byli jej 
przodkowie, i być może ja mam w sobie krew 
Indyjską, albo murzyńską. 
Spojrzała na mnie uważnie. 
—- 
Nie, pani jest Wenecyanką. Powinna pani 
tyć piękną a przewrotną przyjaciółką jakiegoś 
ioży. 
— 
Wiem, żo jestem przowrotna — odpowio- 
jlzlałam,—Zawsze mi to mówiono i zresztą mam 
)*ude włosy, ale dotąd nigdy jeszcze nie udało 
mi się nic złego zrobić, a chciałabym bardzo, 
lylko nie wiem jak. 
Roześmiała się znowu, 
— 
No, to powinna pani razem ze mną poje- 
chać do Londynu, a tam zobaczymy, do czego 
pani jest zdolna. 
Powiedziała to tak milutko, że nie miałam si- 
ły odmówić, a byłabym to zrobiła bez wahania, 
gdyby w jej głosie brzmiał choć cień protekcyj- 
noéel. Rozmawiałyśmy jeszcze bardzo długo i ona 
powiedziała mi mnóstwo zajmujących i zabawnych 
rzeczy. Utrzymywała, że świat jest bardzo roz- 
koszny, trzeba tylko umieć unikać nudów, mieć 
dobrego kucharza 1 mało przyjaciół. W końcu 
pożegnałam ją, bo nagle postanowiła zejść na śnia- 
danis i chciała się ubierać. 
— 
Przyszło mi na myśl, że to byłoby niedo- 
brze zostawiać panią teraz samą z Robertem. 
Rozgniewałam się. 
— 
Obiecałam przecież, że nie będę z nim 
flirtowała; czyż to nie dosyć—zawołałam. 
— 
Wierzę ci, dziewico-wężu—mówiła żarto- 
bliwie—ale widzisz—i tu spojrzała dziwnie prze- 
nikliwie—ty masz dwadzieścia lat, a ja przeszło 
trzydzieści, a on... jest mężczyzną, więc nie 
(można zaniedbać się w pilnowaniu. — Tu znowu 
roześmiała się, a gdy wychodziłam, kładła nie- 
bieskie atłasowe pantofelki i dzwoniła ra słu- 
żącą. 
Nie sądziłam, żeby wiek mógł tyle znaczyć, 
bo ona jest urocza, urocza, ponętniejsza od 
wszystkich dziewcząt, a jednak nie ukrywa wca- 
le, że się mnie boi. Jedno mnie tylko razi: to ten 
sposób przytrzymywania mężczyzny za- 
pomocą zręcznych manewrów. Ja nie mogłabym 
mieć szacunku sama dla siebie, gdybym tak po- 
stępowała, to też nigdy tego nie zrobię. Jeśli 
nie zechce zostać przy mnie dlatego, że jestem 
najbardziej upragnioną mu istotą na świecie, to 
może sobie iść, a ja powiem: Je m' e n 
fiche. 
Przy drugioin śniadaniu, na któro powrócili 
myśliwi, siedziałam pomiędzy dwoma starymi 
panami i musiałam się wysilać na inteligentną 1 
pełną szacunku rozmowę. Jeden z nich był to 
nawet dość milutki staruszek, który zaczął mi 
prawić komplementy. 
się i śmiał bez koń- 
ca ze wszystkiego, co mówiłam. Naprzeciwko 
mnie siedzieli Malcolm i lord R)bert z panią 
Vernlngham pośrodku. Obaj mężczyzni wyglądali 
kwokowato. Niekiedy tylko udawało się jej na 
chwilę rozśmieszyć ich. Ja nie mieszałam się do 
ich rozmowy zupełnie. 
Gdyśmy wstali, lord Robert podszedł prosto 
ku mnie. 
— 
Dlaczego pani taka kapryśna?—spytał. 
— 
Ja nie chcę, żeby ktokolwiek postępował ze mną 
w ten sposób, a tembardziaj pani. Pani wie do- 
brze, że przyjechałem tu tylko dla tego, aby pa- 
nią widzieć. Jesteśmy przecież przyjaciółmi— 
a przynajmniej byliśmy. Prawda? 
Och, jak ja mu chciałam powiedzieć, że jes- 
tem jeszcze jego gorącą przyjació'ką i że chcia- 
łabym z nim ciągle rozmawiać. Taki był śliczny 
i zgrabny! a szczególniej śliczne miał oczy: smut- 
ne i żałosne, a błękitne, jak kwiaty lnu. 
Musiałam dotrzymać obietnicy—przez chwilę 
chciałam mu dać do zrozumienia-ale potem przy- 
szło mi na myśl, że to właściwie nie byłoby 
szlachetnie, więc udałam, żo patrzę przez okno i 
odpowiedziałam mu zimno, że nie rozumiem go, 
bo ja zawsze bardzo mu sprzyjam, dobrze życzę, 
a potem natychmiast powróciłam do mojego sta- 
ruszka i przeszłam z nim do biblioteki. Rzeczy- 
wiście, byłam od wczoraj tak zimna dla niego, 
jak tylko można być, nie stając się niegrzeczną, 
ale też od wczoraj poznałam, co to jest ból ser- 
ca. On był taki biedny, patrzał na mnie z takim 
wyrzutem i zresztą nie chciałabym, żeby mnie 
uważał za kapryśną. 
Nie widziałyśmy panów a-i do - herbaty. Ale 
poobiednią herbata w Tryland nie należy do roz- 
kosznych chwil i jest tak samo sztywna, jak 
obiad. Lady Verningham nie puściła ani na chwi- 
lę od siebie lorda Roberta, a po herbacie wszy- 
scy zaczęli grać w bridge'a i skończyli dopiero 
wtedy, gdyśmy się rozchodzili ubierać na obiad. 
Mógłby ktoś pomyśleć, że lady Katarzyna nie 
będzie aprobowała kart w swoim domu, ale wi- 
docznie każdy ma swe słabe strony, bo pani ta 
bardzo lubi bridge'a i gra w niego z wielkim 
zapałem, a nawet gorączkowo. 
Nie mam siły opisywać wszystkich szczegó- 
łów mego dalszego pobytu w Tryland. Było mi 
źle i w tem streszcza się wszystko. 
Los przeszkadzał lordowi Robertowi zbliżać 
się do mnie,-choć robił, co mógł. a gdy się zbli- 
żył, ja usiłowałam być jak najzimniejsza, bo — 
mogę to przecież tu napisać—bo on mnie bar- 
dzo pociąga i interesuje. Już ani razu nie pa- 
trzałam na niego z pod rzęs, a później on już 
nawet nie próbował wyjaśnić sytuacyi. 
Czasem patrzał na mnie z gniewem, szcze- 
gólniej, jeśli się przyczepił do mnie Malcolm, a 
lady Verningham mówiła, że przez cały czas był 
w okropnym humorze. 
Była dla mnie słodka i milutka, jak gdyby 
chciała mi wynagrodzić, że nie mogę rozmawiać 
i flirtować z lordem Robertem. 
Naturalnie, starałam się ze wsaystkich sił, 
aby jej nie okazać, żo mi choć trochę przykre 
z tego powodu. 
Aż wreszcie nadszedł piątek i ostatni wie- 
czór. 
Siedziałam w swoim pokoju od herbaty aż do 
obiadu. Nie mogłam już wytrzymać z Malcolmem. 
Uciekałam od niego jak mogłam 1 wciąż odgra- 
dzałam się ludźmi, alo jak zmora wciąż wisiała 
nademną ta obietnica, którą mu dałam, nie my- 
śląc wcale o tem, Przerywałam mu ciągle, ile 
razy zaczynał o tem mówić, i do tej chwili nie 
wiem, co to właściwie było, ale w każdym razie 
zdążył mi nagadać mnóstwo nudnych czułości i 
nadawać mnóstwo rad. Podczas herbaty był już 
taki rozanielony, że z rozp\czy rzuciłam bombę: 
— 
Nio wierzę ani słowu z tego, co pan mó- 
wi, bo wiem, że naprawdę interesuje się pan 
tylko Anielą Grey. 
Aż opadł na krześle ze zdumienia 1 zamilkł. 
A więc naturalnie, to nie jest koń. Byłam tego 
pewna, zapewne jeana z tycn OSOD, Które wszy* 
scy młodzieńcy znają i które pani Carruthors 
nazywała młodzieńczą odrą, albę wietrzną ospą. 
Wszyscy starzy panowie bardzo mi asysto- 
wali, a nawet dwóch jakichś młodych, alo ja 
w ostatnich dniach nie miałam zupełnie dawne- 
go dowcipu. Wieczorem w piątek, gdyśmy 
się 
mieli rozchodzić spać, 1 lady Verningham, żegna- 
jąc się ze mną, trzymała rękę na mojem ramie- 
niu, podszedł do nas lord Robert. 
— 
Namyśliłem się i mogę pójść z panią na 
to przedstawienie-rzekł. 
— 
Telegrafowałem do 
Campiona, żeby poszedł na czwartego, a pani 
może znajdzie jaką damę, dobrze? 
Spróbuję—odrzekła lady Verningham 1 
spojrzała mu prosto w oczy, a potem zwróciła 
się po mnie. 
To brzydko z mojej strony, źe cię zosta- 
wię samą, Ewelino, (nazywała mnie Eweliną; ja 
nigdy nie zrobiłabym tego z obcemi osobami), 
ale sądzę, że nie możesz się jeszcze pokazywać 
na przedstawieniach. 
— 
Lubię być sama-odpowiedziałam-1 ójdę 
sobie wcześnie spać. 
Potem umówili się, że wszyscy zejdą się u 
niej na obiedzie i ztamtąd pojadę razem; to też 
wiedząc, że zobaczę lorda Roberta niezadługo, me 
powiedziałam mu nawet dobranoc; nazajutrz wy- 
jechał pierwszym pociągiem. 
Większa część gości wracała razem z nami 
do Londynu, 
,. 
. 
Moje pożegnanio z lady Katarzyną było zim- 
no-serdeczne. Podziękowałam jej jeszcze raz za 
zaproszenie, ale nie ponowiła go. Domyślam się, 
że towarzystwo takiej jak ja osoby, która dba o 
swoją powierzchowność i o powodzenie, nio pa- 
suje do tych robót szydełkowych i introligator- 
skich, 
(D. o. w.) 
24 stycznia 1909 r. 
ROK XXXIII ISTNIENIA We wszystkich księgarniach sprze- 
dają się dzieła pedagogiczne ReuSSiierfl 
S 
do bardzo prędkiej i najła- 
twiejszej nauki JęzykÓW Ob- 
cycli w Szkole 1 Domu bez 
nauczyciela z objaśnieniem 
wymowy I klllCZSm rod tyt.: 
AMOUCZEK: 
Polsko-Hiemlecki kurs wstęp- 
ny (Elementarz) po kop. 5, 12, 
24 i 40;—kurs 1-szy k, 80;—kurs II-gi 
k. 1 .60.— Ruskc-Hiemiecki k. 5,12,24, 
40 i 2.20. Polsko-Francuski, kurs T-szy 
k. 1 .20; kurs II-gi k. 3 .20. — POlSkfl- 
Angielski kurs I-szy k. 75—kurs Il-gi 
k. i.20;—Polsko-Ruski Elementarz p* 
k. 5,12, 24, 40;—kurs I-szy k. 1 .40;— 
kurs n-gi k. 1 .80 . — Nakład autora (Re- 
ussnera), ulica Złota No 6, Warszawa. 
NAJTANSZA I NAJOBFITSZA ILUSTRACYA 
DLA RODZIN POLSKICH 
^ 
Wyprzedajemy z dawnych zapasówNo 
ébooo 
I 
GASIORKÓW 
Wina Y/egierskicp| 
wyborowego słodkiego, 1 
średniego lub wytrawne-i 
go po wyjątkowo niskiej| 
cenie rb, 1.20 za gąsio-i 
rek. Przy odbiorze ISgą-H 
' siork(5w dostawa franko.a 
Cenniki 1'inycli win firslis. 
| 
| SSŁAO WIS i KBSIIKÓW 
BR AG! KEMPKER 
g 
I Warszawa Pława ^ 
s 
- 
t! 
j! 
- 
117 
- 
I 
1985—12 —a 
Nauka i 
wychowanie. 
iluro nauczycielskie Anders Mazo- 
I wlecka 1, poleca: nauczycielki bo> 
ij 1 eućlzoziomki. 
48-23-3 
Księgarnia I Skład Rai E.WENDE i Sp. (T. Hit I L Turknł) 
posiada na składzie głównym 
34-2-1 
Zofii Wójcickiej-Chylewskiej — 
LISTY 
BO PMM 
BO&M 
Spowiedź grzecznej dziewczynki. Gena rb. 1 . 
= 
Do nabycia we wszystkich księgarniach. 
' 
Ostatnie 
nowości 
złożone na składzie głównym 
w Księgarni 
E. WENDEiS-ka 
(T.HIŻ i A. TURKUŁ) 
----- 
w Warszawie: 
= 
Centnerszwer Mieczysław Dr. Szkl- 
ce z historyi chemii. Dziesięć 
wykładów popularnych. 
Cena rb. 1 kop. 50. 
W kartonie rb. 1 kop. 80. 
Ileiman Teodor D-r Med. Słuch, 
ucho i hygiena ucha. z 18 ry- 
sunkami w tekście. Cena rb. 3. 
Kędzierski Antoni Dr. KoSZykai'- 
nla w Serocku. Cena kop. BO. 
KramszrylcStanisław. WybÓrpiSin. 
Tom I z portretem autora. 
Cena rb. 2 kop. 40. 
Krasicki Ignacy. Satyry 1 Ilsly. 
Wydanie krytyczneLudwikaBier- 
nackiego. Z ll podobiznami. 
Cena rb. 2 kop. 40. 
Przybylski Zygmunt. Sześć kome- 
dyjek dla dzieei i młodzieży. 
W kartonie. 
Cena rb. 1. 
Sychliński Karol Dr. Islola na- 
tręctwa myślowego. Cena k. 60. 
Słucki A. Badanie maszyn i kol- 
tów parowyeh. W oprawie. 
Cena rb. 1 kop. 80. 
'Witkowski August. Zasady Bzyki 
tom II-gi. Cena rb. 2 kop. 40. 
wujek Jakób Ks. Postylla mniej- 
sza to jest krótkie kazanie, albo 
wykłady Św. Ewangelii. 
Cena rb. 2 kop. 25. 
Żmigrodzki Michał Dr. Krótki Za- 
rys historyi Sztuki. Tomy I, II 
z atlasem. Cena rb. 6 kop. 50. 
Handlowy i Fabryczny 
pod kierownictwem 
Czasopismo miesięczne 
^^SynOm 
Czasopismo postawiło sobie za zadanie, między innemi, cele nastę- 
pujące: 
1) Obudzenie w społeczeństwie polskiem zwartej, świadomej celu i na- 
leżycie zorganizowanej odporności i CZUjnOŚCl na polu przemysłu, handlu 
1 rzemiosł. 
2) Zainteresowanie szerokich kół społeczeństwa polskiego zagadnieniami 
natury gospodarczej 1 zaszczepianie wskazań, żo obowiązkiem narodowym 
Polaków jest nietylko iyć myślą rodzimą i kierować się uczuciem narodo- 
wem, lecz, ie należy także spożywać i użytkowŁć przedewszystkiem 
owoce własnej, ziemi i wytwory polskieh rąk. 
8) Popieranie przemysłu, handlu i rzemiosł Królestwa Polskiego przez 
wskazywanie iródeł I środków, z których pomocą stopniowo, lecz wy- 
trwale zdążać możemy do zastąpienia u siebie w kraju towarów Obcych 
wyrobami SWOjSklml, a także podawanie do wiadomości szerokiego ogółu 
szczegółowych danych o wszystkich firmach, fabrykach, handlach i warszta- 
tach krajowych, w postaci kwestyonarynszy, opisów, adresów i t. d . 
4) Informowanie o sposobach Wzmożenia wywozu wytwórczości pelskiej 
na rynki cudzoziemskie, w tem przekonaniu, łe wywóz pomnaża dobrobyt 
narodu, umacnia jego stosunki w świecie i czyni naród politycznie Bitnym. 
„Patryotyzm Polski Przemysłowy" jest centralnym organem wszyst- 
kich polskich Stowarzyszeń ekonomicznych, współdzielczych i zawodowych. 
Szczególna uwaga zwrócona jest na WyWÓZ (OWarÓW polskich do 
Turcyi, Rumunii, Serbii, Bułgaryi i innych krajów. Stał* rubryka pod 
tyt. „Pośrednik handlowy" daje informacye o reprezentacyach handlo- 
wych zaofiarowanych i poszukiwanych. Dział BdreSOWy ze wszystkich 
krajów świata. Wskazówki celne i taryfowe. Informacye 0 tródłach 
nabywania wszelkich towarów. Korespondencye ze wszystkich krajów 
Europy, Ameryki I Azyl. Korespondencye z miast prowincyonilc^ch Kró- 
lestwa Polskiego, z Gr.licyi, Poznańskiego, Litwy i Kusi. 
Patryotyzm 
Polski Przemysłowy 
jest niezbędnym 
dla każdego polskiego rolnika, przemysłowca, kupea I rzemieślnika, 
i dla wszystkie fyefi, ktirym drogą Jest przyszłość pomyślna kraju 
ojczystego. 
Prenumerata: 
w Warszawie: 3 rb. rocznie, I rb. 60 kop. 
półrocznie; ni prOWinCy! z przesyłką pocztową: 4 rb. rocznie, 2 rb. pół- 
rocznie. Numer pojedyńczy w Warszawie SO kop., 
z przesyłką pocztową 
80 kop. (Za granicą rocznie 7 rb.). 
Adres Redakcyi i Administracyi: 
43— 
Nowy Świat 37, w Warszawie. 
Telefon 
140.99. 
ZEGARMISTRZ 
|fw^octesi| Jługoletniwspółpracownikp.Woronieckiego 
Wą^W 
24 CHHIELRA 24. ====== 
TELEFON 122-42. 
^islt|ś^ 
Poleca zegary stojące. Zegary wiszące. Zegarki kieszon- 
kowe. Budziki. Duży dobór dewizek. 
73-10-1 
Wszelkie roboty wykonywa sumiennie i tanio. 
MEDALE ZŁOTE na Wystawach Hygienieznyeh, 
Kupno i 
sprzedaż* 
|/Wlaty balOWe w wielkim wyborze, 
" girlandy ślubne poleca Jan Bo- 
huszewicz. Złota 38. 
53-14 -5 
jeśli obsadzić w piecach 
Oszczędza 50% opału, 
Piece żelazno 
rn ultipllka tor o we. 
Pochlebne zaświadczenia, prospekty i conniki wysyła się bezpłatnie, 
Ostrzega się przed nieudatnemi naśladownictwami. 
Tel. .1502. Biuro Techn. DrW. P. KłabUkOWSkl, Warszawa. Jerozolim. 71. 
Srebro i platery wykonywa tanio 
i solidnie fabryka P. ŁątkowBkicgo 
Nowy-Świat 43, telefonu 18S-54. 
PanouJie, którzy lubią uJyborouJąidobrzeskrojonę 
7akle(y: karakułowy, kasztankowy,, 
Ł fokowy; fortepian krzyżowy, piani- 
no. Marszałkowska 74—12. 
91' 
o znanym od r. 1S98 Magazynie jf| IB| a|| i I I |||j| 
Specyalisty krojczego " 
S 
j 
STANISŁAWA WDZIEKONSK1EGO 
36 CHMIELRA 36 (po schodkach), TELEF. 27 -24 . 
Ceny niskie I stałe. -Cenniki na tądanle „franco". 
2034-i2 -i2 
Doniesienia 
rosnsaite, 
J| Makowski — Warszawa, Żórawia 
H. N-r 27, rutynowany i ustosunko- 
wany handlowiec pośredniczy i za- 
łatwia najróżnorodnlejsze interesy w 
.Warszawie i na prowineyi. 
2151—12 —11 
HERWSZORZĘDNE 
) Nauczycielskie 
L. JASIŃSKIEJ 
poleca nauczycieli, nauczyciolki, 
bony Niemki, Angiolki; 
sprowadza Francuzki z wła- 
snego biura w Paryżu. 
Warszawa, Włodzimierska 19. 
hmsm telef- isi-44 . mmsz 
Skiep i Pracownia 
Jubilerska 
Kazimierza Bretsznajdra 
firma chrześcijańska istnieje od r. 1900 
Warszawa, Marszałkowska S2 
2007—10-8 
poleca w wielkim wyborze biiuteryę gotową, przyjmuje zamówienia 
na wszclkio roboty nowe i reperaeye. 
Ceny przystępne. 
— 
Wykończenie dokładno. 
„Patryotyzm Polski Przemysłowy" jest 
najodpowiedniejszym organem do pomieszczania w 
nim ogłoszeń fabryk i zakładów rzemieślniczych. 
H PRflH UlIf z długoletnią praktyką,. 
UUriUUhlrt dobromi świadectwami, 
„poszukujo miejsca. — 
Oferty przyj- 
|muje kantor Głosu 
Warszawskiego- 
||dla „Ogrodnika". 
198 
Oddział pierwszy dla tkactwa, oddział drugi dla rysowania wzorów 
(także dla pań). 
124—23—26 Dyrektor 
Dr 
Schatz, 
Pragranty 
gratis. 
Dyplomowany inżynier. 
1959-52-9 
ł)ruk J. K. Chmielewskiego Zgoda 5. CP.'Wkok 4). 
lMakft i WjrduN* JÓMOt Karol 
Chmielewski.